piątek, 6 czerwca 2008

Czwarta władza

Ludzie są dziwni - powiedział młody blondyn, komentując kłótnię dwóch pań o miejsce siedzące w autobusie miejskim.
Dlaczego nie powiedział: Jesteśmy dziwni?
Nie czuł pewnie łączności z dwoma niemiłymi paniami.

Wracałam właśnie z konferencji o mediach jako czwartej władzy. Kolejnej konferencji, na której dziennikarze siedzący za stołem i dziennikarze siedzący na widowni, studenci dziennikarstwa i amatorzy wszelkich publicznych debat dyskutowali o mediach publicznych i prywatnych.

Nikt nie mówił: my, dziennikarze, powinniśmy…, nie wolno nam..., jesteśmy.
Wszyscy za to mówili: dziennikarze są… dziennikarze powinni… dziennikarze nie mogą.

Krótki bilans spotkania.

Nosiło tytuł „misje czwartej władzy”, i już po półgodzinie okazało się, że czwarta władzą nie jest sfera (sfora?) dziennikarska, ale specjaliści od PR, przygotowujący informacje, i że nie ma mowy o misji, ponieważ jest to pojęcie zbyt szeroko zdefiniowane i najbardziej przypomina yeti – jak powiedział redaktor G.: Wszyscy wiedzą, że jest, ale nikt nigdy nie widział.

Wśród osiemnastu zaproszonych gości były dwie kobiety.
Po pierwszej debacie padło pięć pytań. Wszystkie zadali mężczyźni.

Debatę ożywiał Witold Gadowski.
Poziom podnosił prof. Zbigniew Bajka.


Małe, paskudne pytanko, które nasuwa się już po pierwszej debacie: po co? Po co dyskutować nad dziennikarską niezależnością i wiarygodnością? Po co ubolewać nad prawie dwoma milionami czytelników tabloidów? Po co po raz kolejny wymieniać doświadczenia albo tylko argumenty, skoro to do niczego nie prowadzi?

Nie ma przecież żadnego ogólnego stowarzyszenia dziennikarzy. Działa ich kilka i wspólnie mają podobno półtora tysiąca członków. Jest 21 tysięcy ludzi, którzy z różnych powodów nazywają siebie dziennikarzami. Których nie obowiązują żadne normy, ponieważ nie ma – oprócz norm i sankcji prawa, obowiązujących większość obywateli – specjalnego dziennikarskiego sądu, administracji, struktur – zwał jak zwał – które miałyby wpływ na pracę dziennikarzy i które sprawowałyby kontrolę nad środowiskiem.

Z tym środowiskiem zresztą jak z lasem: z daleka widzi się las właśnie – z bliska tylko drzewa. Pojedyncze drzewa. Ładniejsze bądź brzydsze, z większymi czy mniejszymi korzeniami, rosnące samotnie albo w większej kupie, uprawiające symbiozę czy inna mikoryzę z większą czy mniejszą ilością różnych od nich stworzeń. Niektóre drzewa się lubią i mogą rosnąć koło siebie, niektóre nie znoszą się, bo wzajemnie zatruwają sobie glebę. Różnica polega na tym, ze to leśniczy decyduje o tym, które drzewo wyciąć, które zostawić. Decyduje, ponieważ zna się na drzewach, a doświadczenie pozwala mu odróżnić zdrowe drzewo od chorego. Doświadczenie jest oparte na pewnych kryteriach: są opisane symptomy choroby, a do leśniczego należy ich rozpoznanie.

Leśniczy jest organizmem samodzielnym i nie wchodzi w związki symbiotyczne ani mikoryzę.

A w niektórych biosferach po prostu go nie ma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz