Rozdział pierwszy, w którym poznajemy bohaterów.
Pewnego pięknego, letniego dnia Darek siedział sobie na plaży, owinięty niebieskim ręcznikiem, i zajadał drożdżówkę z budyniem. Takie drożdżówki lubił najbardziej, a ta smakowała mu lepiej niż zwykle, bo własnie wyszedł z morza po długiej kąpieli – a każdy z was, kto był na naszym polskim morzem – Bałtykiem – wie, jak bardzo chce się jeść, kiedy się człowiek dłużej popluska w słonej wodzie. Właściwie powinien wyjść trochę wcześniej, zanim palce u rąk zrobią się lekko fioletowe – ale tym razem Darek był na wakacjach z babcią, a nie z mamą – i dlatego mógł posiedzieć w wodzie trochę dłużej.
To dziwne – moglibyście powiedzieć, drodzy Czytelnicy. Zazwyczaj to właśnie babcie chuchają i dmuchają na swoje wnuczęta, zimą, kiedy wcale nie jest tak zimno, pilnują, żebyśmy na pewno założyli czapkę, a latem nie pozwalają pić napojów z lodówki.
Otóż babcia Darka była zupełnie inna! Po pierwsze – kąpała się w morzu razem z Darkiem, nawet, kiedy woda była zimna. A to dlatego, że dawniej babcia należała do Klubu Morsów – a to tacy ludzie, którzy kąpią się nawet wtedy, kiedy pada śnieg! Uważała, że należy się hartować, bo w zdrowym ciele zdrowy duch. I na babci to przysłowie się sprawdzało: była szczupła, niewysoka, miała czarny warkocz przerzucony przez plecy, zupełnie jak młoda dziewczyna, i czasami, kiedy Darek był bardzo, ale to bardzo zmęczony – potrafiła go prześcignąć w biegu! Oczywiście – tylko w biegu na krótki dystans.
I teraz babcia Darka, która ma zresztą na imię Malwina, prawie jak taki kwiatek, siedziała obok naszego bohatera, owinięta takim samym ręcznikiem, tylko czerwonym, i z równym jak on zapałem zajadała drożdżówkę z makiem.
Kiedy Darek po raz pierwszy miał jechać na wakacje z babcią, Michał i Marcin – jego dwaj najlepsi koledzy – ostrzegali go, że nic mu nie będzie wolno i że lepiej by zrobił, gdyby został w domu i pograł z nimi na komputerze w najnowszą wersję Formuły 1. Ale kiedy po powrocie okazało się, że Darek przez te dwa tygodnie z babcią nauczył się grać w kości, wiązać węzły marynarskie, czytać mapę i pływać kajakiem – pozazdrościli mu, i to jeszcze jak!
środa, 18 listopada 2009
środa, 26 sierpnia 2009
Max
Wyciągnął się jak długi w fotelu. Zrzucił gazetę na podłogę i zagapił się w telewizor. Znowu to samo. Biją się, kradną, kłamią, i jeszcze używają psów policyjnych.
Max westchnął.
Zapaliłby sobie cygaro, gdyby tylko mógł. Podpatrzył to na filmach kryminalnych; oni tam zawsze palą cygara po obiedzie. Ciekawe, jak to smakuje.
Z przedpokoju dobiegł go odgłos lądującej na podłodze smyczy.
Natalia.
No tak. Obiecał jej spacer. To znaczy, że nici z drzemki.
Kiedy się poznali, Natalia była piękna, szczupła, radosna i pełna życia. Zakochał się od pierwszego wejrzenia. Na początku spacerowali całymi godzinami. Rozumieli się bez słów. Nie nudzili się ze sobą. Teraz wszystko się zmieniło, pomyślał, drepcząc do przedpokoju. Nogi już nie te. Natalia też już nie ta, niewiele ma wspólnego z talią… Teraz mógłby wołać na nią „Otylia”. Cóż. Zniósłby nawet to - w końcu jemu, Maksowi, też urósł brzuszek - gdyby nie nadopiekuńczość. Najgorsze były sweterki, które próbowała robić na drutach. W ohydne, pstrokate paski. Ech. I ten słodki głosik: Max, kochanie, zrobiłam ci coś ślicznego!
Dobrze, że nie upierała się przy czapkach.
Wyszli razem, schodząc powoli po kilku drewnianych, skrzypiących schodkach zielonej werandy. Za wysokich. Zdecydowanie za wysokich. Ale o tym decydowała Natalia. Nie pomyślała, że na starość będzie musiał przed zejściem rozejrzeć się, czy nie patrzą sąsiedzi. Raz nawet spadł. Co za wstyd.
Dobrze przynajmniej, że nie wyprowadza go już na smyczy.
Max westchnął.
Zapaliłby sobie cygaro, gdyby tylko mógł. Podpatrzył to na filmach kryminalnych; oni tam zawsze palą cygara po obiedzie. Ciekawe, jak to smakuje.
Z przedpokoju dobiegł go odgłos lądującej na podłodze smyczy.
Natalia.
No tak. Obiecał jej spacer. To znaczy, że nici z drzemki.
Kiedy się poznali, Natalia była piękna, szczupła, radosna i pełna życia. Zakochał się od pierwszego wejrzenia. Na początku spacerowali całymi godzinami. Rozumieli się bez słów. Nie nudzili się ze sobą. Teraz wszystko się zmieniło, pomyślał, drepcząc do przedpokoju. Nogi już nie te. Natalia też już nie ta, niewiele ma wspólnego z talią… Teraz mógłby wołać na nią „Otylia”. Cóż. Zniósłby nawet to - w końcu jemu, Maksowi, też urósł brzuszek - gdyby nie nadopiekuńczość. Najgorsze były sweterki, które próbowała robić na drutach. W ohydne, pstrokate paski. Ech. I ten słodki głosik: Max, kochanie, zrobiłam ci coś ślicznego!
Dobrze, że nie upierała się przy czapkach.
Wyszli razem, schodząc powoli po kilku drewnianych, skrzypiących schodkach zielonej werandy. Za wysokich. Zdecydowanie za wysokich. Ale o tym decydowała Natalia. Nie pomyślała, że na starość będzie musiał przed zejściem rozejrzeć się, czy nie patrzą sąsiedzi. Raz nawet spadł. Co za wstyd.
Dobrze przynajmniej, że nie wyprowadza go już na smyczy.
czwartek, 20 sierpnia 2009
Kos dzisiaj nie śpiewa
Budzik dzwoni o czwartej trzydzieści. Nie u nas; w zielonym bloku po przeciwnej stronie ulicy. W Praszce są tylko trzy takie bloki, niskie, dwupiętrowe, z cegły. Mają już po sześćdziesiąt lat, a przynajmniej tak opowiadał sąsiad - nauczyciel fizyki w praszkowskim liceum -zanim zmarł. Dawniej we wszystkich trzech blokach mieszkali nauczyciele. Teraz nie wszyscy mieszkańcy mają pracę na miejscu i dlatego budzik dzwoni o czwartej trzydzieści. To pora w sam raz, żeby wstać, wypić wrzącą herbatę i wyjść na przystanek, na którym będzie czekać autobus i czterdzieści dziewięć innych kobiet jadących na ranną zmianę do Dylaków. W Dylakach nie zarabia się dobrze, a jeszcze od pensji odliczają pieniądze za dojazd. Zostaje połowa średniej krajowej miesięcznie. Lepsze to, niż nic, chociaż od skręcania wiązek przewodów potrzebnych do produkcji Mercedesów palce puchną i bolą. Ale, jak się zwolnisz, na twoje miejsce czeka cała kolejka. Tak mówi szef.
Jeszcze przed budzikiem wyrywa mnie ze snu odległy brzęk metalowego stelażu spadającego na asfalt placu targowego. Plac targowy, jak niesie wieść gminna, należy do jednego z możnych kupieckich rodów – rodziny Stanaszków, a raczej: Stanaszka seniora. Stanaszek senior jest człowiekiem pracy. Zaczynał od sprzedawania z samochodu kostek masła taniej niż w sklepie i makaronu z Rędzin, ale nie tego, który był reklamowany i powszechnie poszukiwany, tylko z trochę innej fabryki - również w Rędzinach. Po tym targowym epizodzie dorobił się małego sklepiku spożywczego. Później, kiedy właścicielka równie małego sklepiku obok zakończyła działalność, wykupił jej sklepik. Później przejął całą kamienicę. W jednej, rozbudowanej części zostawił sobie sklep spożywczy, w drugiej otworzył jednemu z dwóch synów sklep drogeryjny. Ożenił go, zostawiając z dobrym interesem. Plac targowy, wysypany żwirkiem, na którym zarabiał na maśle, wykupił, podobnie uczynił z dużo większym terenem na łąkach koło rzeki, przy drodze krajowej numer 45, która w Praszce zamienia się na chwilę w ul. Piłsudskiego. Tam wyasfaltował całość, grzebiąc we wspomnieniach koniczynę, firletkę, jaskry i pięciornik gęsi, położył ładne krawężniki, namalował na asfalcie stanowiska i numery i zaczął zarabiać jako właściciel placu targowego. Na starym, malutkim, wybudował hurtownię warzyw i owoców „Sebos”. (Od imienia młodszego syna, który zresztą dostał od ojca interes, oraz, oczywiście, ożenił się: z córką zegarmistrza. Z tym ożenkiem był pewien kłopot, bo owa córka należała do lokalnej sekty – Świadków Jehowy, którzy wykluczyli ją ze swego grona i przestali poznawać na ulicy po zaślubinach z katolikiem.) Potem Stanaszek senior postawił duży, jak na praszkowskie możliwości, dom handlowy, wykupił nieco bagnisty teren przy rzece naprzeciwko placu targowego, wyciął stary sad, zlikwidował przejście na skróty koło komendy policji i zrobił duży, porządny parking wyłożony kostką brukową, płatny w środy i soboty. W ten sposób pozbawił części dochodu harcerzy, którzy z poświęceniem wstawali w soboty o świcie i zbierali co łaska od kierowców chcących zaparkować samochód na ich błotnistym kawałku ziemi przed harcówką nazwanym „Parkingiem Dziewięć Dębów”, pod którymi faktycznie się znajduje.
Gdyby ktoś chciał zarabiać na parkingu w zeszłym stuleciu, nie miałby takich możliwości; dawniej targ odbywał się w Praszce w każdy wtorek po piętnastym dniu miesiąca, a jarmark – w drugą sobotę. Teraz jest tylko targ, w środy i w soboty; czyli trzynaście razy w miesiącu na wyasfaltowanym placu kłębi się tłum. W Praszce nie mówi się „targ”, tylko „bazarek”, a kobiety jeszcze całkiem niedawno zakładały na zakupy swoje lepsze ciuszki, bo na bazarku pojawiało się przecież całe miasto. Dzisiaj właśnie jest środa. Okoliczni sprzedawcy wszystkiego wyjeżdżają z domu przed świtem, żeby przed siódmą móc zacząć handlować. Najwcześniej są ci z warzywami: ustawiają kobiałki z ostatnimi truskawkami, wiśniami, skrzynki pomidorów i wczesnych jabłek, worki marchwi i fasoli, układają kapustę, pory, kalafiory i paprykę na składanych stołach. Po warzywa ludzie przyjdą najpierw; później mężczyźni będą kupować u ruskiego tarcze do piły, scyzoryki, zegarki i golarki elektryczne, a kobiety będą mierzyć rozciągliwe bluzki i brzydkie sweterki za starymi kocami w prowizorycznych przymierzalniach, macać pościel, ręczniki i obrusy – obrusy nieplamiące, okazyjnie za dziesięć złotych, z paskudnym nadrukiem kwiatów, które przypominały prawdziwe, a potem przeszły przez chińską fabrykę i teraz przypominają tylko kolorowe plamy. Do południa na targu będzie ruch. Najlepszy towar skończy się przed dziesiątą; potem już wszystko przebrane.
Właścicielem stoiska z rajstopami jest pan Wojciech. Jesteśmy z nim zaprzyjaźnione, wszystkie trzy kobiety w rodzinie; na własny użytek nazywamy go Panem Od Rajstop. Od innych sprzedawców różni się tym, że ma szczupłe, ładne ręce, szczupłą, wysoką, miłą żonę i mówi cicho i kulturalnie. Podobno skończył studia, ale niewiele po nich zarabiał i przerzucił się na handel. Idzie mu dobrze, bo ma dobry towar. Kiedy zajrzę do niego o jedenastej, nie będzie już miał niczego atrakcyjnego; zakupy u niego robi pół Praszki (drugie pół ich nie robi, bo z racji płci rajstop nie nosi) i cała najbliższa okolica. Uśmiechnie się tylko i powie: trzeba było przyjść wcześniej…
Wcześniej – a najlepiej koło siódmej.
Praszka jest jednym z wielu małych miasteczek, w których kolejka do mięsnego ustawia się na godzinę przed otwarciem sklepu. To nawyk ze starych, dobrych czasów, za których jak człowiek chciał mieć mieszkanie, brał świnię, szedł do prezesa spółdzielni mieszkaniowej i przydział znajdował się od razu. Teraz własna świnia to rzadkość, chociaż i tak stare układy z poprzedniego systemu działają, a wybory wygrywają zazwyczaj ci sami ludzie. Dawniej byli w partii, teraz są w partiach, i nawet jeśli wydaje się, że na terenie gminy zmienił się układ sił, bo wybory dyskretnie przestało wygrywać SLD, nic podobnego. To nie partie tworzą ludzi, tylko ludzie tworzą partie zgodnie ze swoimi interesami i wpojonymi dawniej zasadami, a główna z nich brzmi: pieniądze. Jest tak, jak wszędzie, tylko że w milionowym mieście trudniej dostrzec ten proces, bo jest rozmyty w setkach twarzy i portfeli. W Praszce widać wszystko czarno na białym. W 1993 roku na rynku wygłosił przemówienie Lepper. Było to przemówienie z okazji wywiezienia burmistrza Skoczka na taczce. Wokół sprawy zrobił się szum medialny, ale nie dlatego, że Lepper podpuścił bezrobotnych, którzy wsadzili burmistrza na taczkę i obwieźli go kilka razy wokół rynku, ku uciesze jego różowych przeciwników politycznych, ale dlatego, że burmistrz był inwalidą i miał protezę nogi. Samo wożenie media uznały za odruch społeczny. Kiedy burmistrzem był Ryszard Karaczewski, został oskarżony o niepotrzebne utopienie w oczyszczalni ścieków pięciu milionów, co wcale nie przyspieszyło budowy, a wręcz przeciwnie. Podobno zrobił to bez konsultacji z radnymi, do których obowiązków należy ustalanie budżetu. Sprawa przeszła prawie bez echa. Był różowy. Obecny burmistrz jest oskarżony o zakup kradzionego samochodu. Jeśli mu udowodnią popełnienie przestępstwa sprzed trzech lat - kiedy pewnie jeszcze nie śnił, że zostanie burmistrzem - straci urząd. Niektórzy już zacierają rączki, bo nowy burmistrz nie jest ze starych „elit”; na swoją obronę ma tylko to, że zamienił siekierkę na kijek, bo wyjeżdżając z komisu passatem, zostawił tam piętnaście tysięcy i starą bravię; stracił więc dwa samochody, bo passata odebrał mu sąd, piętnaście tysięcy, czyli obecnie, po czerwcowej podwyżce działającej wstecz – półtorej swojej pensji, i padł ofiarą człowieka, który oszukał innych trzydziestu sześciu naiwniaków oraz cztery instytucje. Sprawa najwyraźniej jeszcze trwa, bo burmistrz dalej zajmuje swój stołek, a „Kulisy Powiatu”, patrzące władzy na ręce, jeszcze chyba o tym nie napisały. Nikt nie zamierza wozić go wokół rynku; zresztą teraz rynek jest miejscem godów. W parku – czyli wśród trzydziestu drzew usytuowanych na środku rynku o średniowiecznej zabudowie, na ławkach siadają dziewczyny, ubrane jak manekiny na wystawie, z ciężkim makijażem. Nie mają wiele lat, za to – wiele do powiedzenia o tym, co się tu dzieje. Jest jeden ogródek piwny, w którym siedzą doroślejsi mieszkańcy. Dziewczyny, które siedzą na ławkach, nie czekają na nikogo, za to oglądają - i są oglądane – przez chłopaków, którzy swoimi właśnie kupionymi albo sprowadzonymi z Niemiec samochodami z piskiem opon robią kółka wokół, albo hamują w krótkiej uliczce prowadzącej z rynku do kościoła.
Ten kościół jest zwany starym, ma dwie wieże i czterysta lat tradycji, w oknach witraże autorstwa krakowskiego malarza, Adama Bunscha, a na posadzce płytki kładzione przez słynną firmę Villeroy & Boch. Ma też dwóch księży parafialnych. Kilka lat temu za sprawą parafialnego donosu zmienił się proboszcz; chodził w jednej, poprzecieranej sutannie, jeździł trabantem, dawał pijakom na chleb z własnej, niedużej pensji, inwestował w kościół, remontując go i doprowadzając do świetności, a na kazaniu mówił do swoich parafian „moi kochani”. Komuś nie spodobało się jednak, że w domu parafialnym wynajmowali pokoje jego starzy rodzice; obecny proboszcz jeździ zielonym oplem, zamyka kancelarię przed czasem i mówi do nielicznych wiernych, którzy pozostali jeszcze w kościele po siedmiu latach, „proszę państwa”.
Prawie naprzeciwko kościoła – redakcja lokalnej gazety. „Kulisy Powiatu” obejmują zasięgiem cztery miasteczka: Wieluń, Kluczbork, Olesno – i Praszkę, w której mieszka prezes Wydawnictwa Pro oraz wydawca „Kulis”, szczycący się swoją współpracą z Radiem Wolna Europa w Monachium. Ma długą, siwą brodę podzieloną na dwie sterczące na boki kępy, łysą głowę, wielkiego owczarka podhalańskiego, jest właścicielem lokalnego domu handlowego, nazywa się Świeykowski przez igrek i sprawia wrażenie, jakby dla pieniędzy nie cofał się przed niczym. W redakcji pracują trzy dziennikarki-polonistki; jedna z nich w zainteresowaniach podaje „astrologię, psychologię, a ostatnio nawet politykę”. Dla drugiej „dziennikarstwo to chaos, improwizacja i nagłe zmiany akcji”. Jednym ze stałych współpracowników jest też pan Stanisław z Kluczborka: namówiony przez Świeykowskiego, pisze, od kiedy przeszedł na emeryturę. Pisze też z nawyku: „kiedy był policjantem, musiał dużo pisać”; a trochę nim był, bo od 1978 roku służył w MO, a później w policji. Wydawca dobrze wie, czego chce, i wzoruje się na ogólnopolskim „Fakcie”. Problem polega na tym, że ”Kulisy” mają zasięg lokalny i kiedy już się przeczyta, że wskazany z nazwiska sąsiad zdradza żonę z młodszą panienką, przy okazji prowadząc dla narzeczonych przygotowanie do sakramentu małżeństwa w swojej parafii, trudno później rzecz wyprostować, bo o sprostowanie pomówienia nikt się nie zatroszczy, a pikantna wiadomość zostanie na długo w głowach i spojrzeniach sąsiadów mijanych na schodach, po których schodzi się długo, bo z czwartego piętra.
Popołudnie w Praszce, w środku tygodnia, jest leniwe i ciche. Na ulicach nie ma nikogo oprócz tych, którzy poszli na zakupy do Biedronki; młodzież siedzi na nielicznych ławkach pod swoimi blokami. Dopiero pod wieczór na ulicach pojawi się trochę więcej ludzi, idących do którejś z czterech pubów lub trzech pizzerii, albo zwyczajnie – na spacer.
Ja też wychodzę na spacer. Jest coraz ciemniej i chłodniej, mimo, że to prawie połowa lipca. Padało, trawa jest wilgotna od deszczu i rosy. Krążę powolnym krokiem człowieka, który nie ma nic do zrobienia; mijam zachód słońca, gapię się chwilę na odbicia złotofioletowych chmur w rzece – ale nie takiej prawdziwej, ze spienionym nurtem, wysokim brzegiem, piaszczystymi łachami, tylko małej, malutkiej rzeczce, zarośniętej trawami, w której woda zakrywa dorosłego mężczyznę tylko podczas powodzi, kiedy przelewa się przez most górą. To Wyderka, mniejsza z dwóch rzeczek płynących przez Praszkę. Druga rzeka to Prosna, którą można by dopłynąć aż do Zalewu Kamieńskiego, gdyby wsiąść przy moście w kajak. W 1860 roku Prosna była linią demarkacyjną pomiędzy Królestwem Polskim a Prusami; 1 września 1939 roku rano żołnierze Wojska Polskiego, ostrzelani przez niemiecki oddział, stacjonujący po drugiej stronie granicy-Prosny, wysadzili most graniczny. Mimo tego zajęcie Praszki trwało tylko kilka godzin; zaraz po spacyfikowaniu ludności Niemcy przerzucili przez rzekę własny most, zdolny wytrzymać czołgi i wozy pancerne, które pojechały w głąb kraju, zdobywać Wieluń.
Idę w pola. Niskie bloki znikają za moimi plecami. W Praszce jest niewiele bloków i żaden z nich nie przekracza wysokości czterech pięter. Bloki są wewnątrz Praszki; na jej obrzeżach coraz szerzej rozpościerają się małe osiedla willowe. Budują je ludzie, którzy mieli już dość harówy w jedynym dużym zakładzie produkującym w czasach świetności części hamulcowe do Kamazów, a później też różne części samochodowe, w zależności od kontraktu. Mieli dość, ziemi już nie mieli, cisnęli się z rodzinami w za małych mieszkaniach w blokach - pracę dostaje tu tylko ten, kto ma dobre układy – dlatego zaczęli wyjeżdżać do Niemiec, na saksy, do opieki, na budowy, do szklarni, sadów, warsztatów samochodowych – i wracali z pieniędzmi, z konkretną gotówką, z pełnym kontem. I budowali domy. W ciągu kilku lat Praszka poszerzyła się o dobre kilka kilometrów; zielone tabliczki na wjeździe i wyjeździe coraz częściej zmieniały miejsce, przesuwane przez bezrobotnych zatrudnionych na jedną fuchę przez Urząd Miasta.
Robi się coraz ciemniej, bo za „osiedlem willowym” nie ma jeszcze latarni. Dopóki świecą te przy ogródkach, widać jeszcze wyraźnie merdający psi ogon. Pies przypałętał się na ostatnim skrzyżowaniu: mały, rudy, z oklapłymi uszami, wesołym ogonem zadartym wysoko w górę, z obrożą. Zamierzał widocznie iść na spacer, ale nikt z jego właścicieli nie miał zamiaru ruszać się po jedenastej wieczorem z ciepłego mieszkania w wilgotne pola, oświetlone pomarańczową połówką księżyca wiszącego nisko nad horyzontem. Poszedł więc sam i postanowił przyłączyć się do mnie.
Idziemy asfaltową drogą, cykają świerszcze, sieć wysokiego napięcia buczy i trzeszczy. W świetle nielicznych latarni widać czarne plamy oleju na nowym asfalcie. Pies przebiega przez mój długi cień, wsadzając nos w trawy po jednej, potem po drugiej stronie drogi. Nic tędy nie jedzie, nie palą się żadne światła w oknach, wszyscy śpią. Księżyc wzeszedł trochę wyżej, oblewa żółtym blaskiem dojrzale prawie kłosy, chabry, które o tej porze nabierają przedziwnego odcienia, pola facelii – nowego wynalazku pszczelarzy. Na horyzoncie – las, jesteśmy na rozstajach, na których asfaltowa szosa zakręca i rozstaje się z nią węższa, piaszczysta droga, prowadząca przy małej brzezince do kilku odleglejszych gospodarstw. Za plecami mamy nocną panoramę Praszki: po prawej na skos widać dwie wieże starego kościoła, po lewej, prawie w polach – niższy dach nowego.
„Nowa parafia” wokół kościoła pod wezwaniem Świętej Rodziny powstała niedługo po tym, kiedy w 1987 r. w „Teleekspresie” prezenter podał, że w Praszce jest najwyższy odsetek rozwodów w stosunku do całej Polski. Arcybiskup częstochowski, Stanisław Nowak, pojechał wkrótce potem do Warszawy, na dywanik do kardynała Glempa. Kardynał zapytał go, co to za taka Praszka i dlaczego tyle tych rozwodów, i powiedział, że tak nie może być. Wkrótce po tej rozmowie została erygowana nowa parafia. Pierwszy kościół mieścił się w stodole na wzgórzu, zwanym Makowym. Idzie się do niego pod górkę i mija się stary żydowski kirchof, na którym Niemcy podczas wojny rozstrzelali jedenastu starych i chorych Żydów. Był to ostatni etap pogromu Żydów praszkowskich. Zaczęło się od spisu ludności, który skrupulatni Niemcy przeprowadzili cztery miesiące po zajęciu Praszki, w grudniu 1939 roku. Na cztery tysiące trzystu mieszkańców ponad tysiąc stanowili Żydzi. Mieli swoją synagogę, szkołę, bibliotekę, cmentarz. Najpierw ogolono im brody z jednej strony twarzy. Później nakazano chodzić rynsztokami. Jeszcze później ograbiono i zniszczono synagogę, a w 1941 roku utworzono getto. Młodzi i silni budowali drogę do pobliskiej miejscowości, używając kamieni z rozwalonego muru kirchofu. 12 sierpnia 1942 roku przeprowadzono selekcję mieszkańców getta: młodzi mężczyźni trafili na roboty w Niemczech, kobiety, dzieci i słabszych w ciągu 24 godzin wywieziono do Chełmna nad Nerem i zagazowano. Jedenastu rozstrzelano na miejscu, na żydowskim cmentarzu z macewami zwalonymi na kilka stosów pod resztkami muru. Wciąż tam leżą: na połamane, kamienne płyty z hebrajskimi napisami i wyrytymi lwami sypią się jesienią złote brzozowe i topolowe liście. Diaspora amerykańska, której przodkowie spoczywają pod tym cmentarnym gruzem, nie dysponuje funduszami pozwalającymi na odrestaurowanie cmentarza; na ich prośbę, popartą odpowiednimi argumentami, teren otoczył płotem z siatki proboszcz parafii na Makowym Wzgórzu. Przy wejściu pojawiła się metalowa, kuta brama z gwiazdą Dawida i ryglem, którą muszą otwierać właściciele psów, kiedy idą z nimi na spacer po górkach. Spadziste, niewielkie zbocze, porośnięte drzewami, kończy się właśnie stosami połamanych, omszonych płyt, i ciągnie się jeszcze niewielki kawałek, aż do tyłów garaży i budynków miejskich, niskich, parterowych baraków dla pracowników zieleni miejskiej, w których ogródkach piętrzą się połamane huśtawki i karuzele, kolorowy złom z praszkowskich placyków zabaw. Dawniej było to ulubione miejsce zataczających się meneli, wąchaczy kleju, a jeszcze wcześniej - satanistów; teraz teren jest nieco bardziej posprzątany, a ogrodzenie utrudnia dostęp nie tylko spacerowiczom, więc ilość tłuczonego szkła zaścielającego ścieżki nieco zmalała.
Od góry teren kirchofu kończy się zupełnie współczesną płytą poświęconą rozstrzelanym Żydom. Dawniej ścieżka prowadziła na górę koło płyty - na której kładło się dzikie róże, a w maju zawilce i konwalie - przez płaski kawałek pomarańczowej, gliniastej ziemi aż do lejów po bombach, porośniętych młodymi, czerwonymi klonami, a potem aż do starego sadu pełnego brzemiennych jesienią jabłoni, i jeszcze dalej, do sosnowego lasku, w którym najlepiej wychodziły ogniska i z którego widać drugą rzekę, Prosnę, płynąca od Gorzowa Śląskiego, odległego od Praszki o pięć kilometrów. W Gorzowie nad rzeką jest zakład; nazywa się „Armagor”. Przed „Armagorem” wody Prosny mają pierwszy stopień czystości; żyją w nich wydry i raki. Za „Armagorem” woda ma już drugi stopień czystości. Wydry i raki tego nie lubią.
Teraz jednak, wchodząc przez bramę z gwiazdą Dawida, nie da się dojść do lasku z widokiem na rzekę. Ścieżka wspina się na górę, jak dawniej pomarańczowa, ale druciana siatka płotu zagradza przejście na teren Kalwarii Praszkowskiej, ostatniej dumy i ukochania proboszcza parafii Świętej Rodziny, który patronom parafii postawił kościół i uznał, że to wystarczy, a sam zajął się sanktuarium fatimskim, a później – własnym i niepowtarzalnym praszkowskim sanktuarium Matki Boskiej Kalwaryjskiej, której obraz zasłaniany i odsłaniany jest przy fanfarze wygrywanej na trąbce podobno przez znanego muzyka, znajomego proboszcza. Proboszcz jest zresztą, jak ludzie gadają, siostrzeńcem arcybiskupa Nowaka.
Kalwarii i niskiego, brzydkiego, białego budynku z wielką figurą Chrystusa na dachu, czyli grobowca Pana Jezusa, z rozstajów nie widać. Dawniej tym w miejscu, które właśnie obwąchuje mój tymczasowy pies, stała potężna stara wierzba, pod którą zatrzymywały się samochody z parami szukającymi spokoju na szybki numerek. Kurestwo jest na równi z alkoholizmem plagą społeczną w Praszce. Warunki są sprzyjające – w okolicznych wsiach zbudowano w ostatnim dziesięcioleciu kilka wielkich budynków dyskotek (wcześniej były urządzane w remizach strażackich), zatrudniono DJ’ów grających ostre techno i ułatwiono trzynasto- i piętnastolatkom uczestniczenie w odbywającym się tam copiątkowym polowaniu, podstawiając specjalne autobusy, zbierające ludzi z okolicznych wiosek i dowożące prosto pod odrzwia imprezowni. Nawet kilkukrotne naloty policji w związku z powszechnie sprzedawanymi tam narkotykami nie zatrzymały młynów rozrywki. Zresztą nie tylko młode dziewczęta z dobrych praszkowskich domów mają szanse na swoją wielką przygodę. Mężatki nie chcą czuć się gorsze i często zdarza się, że w jednym, trzypokojowym mieszkaniu zameldowanych jest sześć osób, tworzących rodzinę, z których tylko dwie noszą to samo nazwisko i jest to zazwyczaj nazwisko dwójki dzieci z pierwszego małżeństwa właścicielki mieszkania. Jeden z bardziej spolegliwych mężów przemieszkiwał przez długi czas we własnej piwnicy, do której wypędziła go żona – hetera, na górę przychodząc tylko zagotować sobie herbatę albo skorzystać z łazienki. Żona była pochłonięta romansem z byłym milicjantem mieszkającym po sąsiedzku - poniewierającym swoją matkę-staruszkę aż do jej śmierci, który zresztą niedługo po tej śmierci zapił się na śmierć - i przymykała oko na takie dodatkowe zużycie wody.
Wracam do domu dobrze po północy. Jest cicho, latarnie świecą na pomarańczowo. Kilka lat temu miasto postanowiło oszczędzać na oświetleniu i po dwudziestej drugiej gaszono światła w całej Praszce. Teraz zmienił się burmistrz. Jest zimno, nad polami zaczyna się unosić lekka mgiełka i uśpiony krajobraz lśni pomarańczowawą, księżycową poświatą. Mgła zaokrągla kształty, wygładza je, otula – mimo, że księżyc jest coraz wyżej, pola i przydrożne drzewa widziane z oddali straciły ostrość, jakby dziecko bawiło się starą Practicą taty. Chłód przejmuje do kości, chociaż jest środek lipca. Do połowy drogi odprowadza mnie pies – echo moich szybkich kroków i jego pazurków, stukających o zniszczone płytki chodnika odbija się od niziutkich, dwupiętrowych bloków i niesie się daleko pustymi ulicami. Wszystkie okna są ciemne. Jest środa, jutro trzeba wstać do pracy. Jeśli ktoś jeszcze nie śpi, słyszy przez uchylone okno wszystkie kroki na ulicy, nawet dźwięk wydawany przez ocierające się o siebie nogawki moich dżinsów. Gdybym, idąc, rozmawiała przez telefon, mieszkańcy całej, długiej ulicy Mickiewicza, którzy mają mieszkania z oknami wychodzącymi na ulicę, byliby jutro w stanie powtórzyć z dokładnością co do jednego słowa wszystko, co powiedziałabym półgłosem do słuchawki. Pies rezygnuje, widocznie uznał, że to koniec spaceru; zatrzymuje się przy rosnących na środku trawnika. Oprócz moich kroków nie słychać już nic. Nawet kos, który urządza zazwyczaj nocne koncerty, tym, dziwniejsze, że nauczył się naśladować piszczenie pompki do roweru i skwapliwie to wykorzystuje, już nie śpiewa; zmarznięty i nastroszony, siedzi ukryty głęboko w liściach jarzębiny.
Jeszcze przed budzikiem wyrywa mnie ze snu odległy brzęk metalowego stelażu spadającego na asfalt placu targowego. Plac targowy, jak niesie wieść gminna, należy do jednego z możnych kupieckich rodów – rodziny Stanaszków, a raczej: Stanaszka seniora. Stanaszek senior jest człowiekiem pracy. Zaczynał od sprzedawania z samochodu kostek masła taniej niż w sklepie i makaronu z Rędzin, ale nie tego, który był reklamowany i powszechnie poszukiwany, tylko z trochę innej fabryki - również w Rędzinach. Po tym targowym epizodzie dorobił się małego sklepiku spożywczego. Później, kiedy właścicielka równie małego sklepiku obok zakończyła działalność, wykupił jej sklepik. Później przejął całą kamienicę. W jednej, rozbudowanej części zostawił sobie sklep spożywczy, w drugiej otworzył jednemu z dwóch synów sklep drogeryjny. Ożenił go, zostawiając z dobrym interesem. Plac targowy, wysypany żwirkiem, na którym zarabiał na maśle, wykupił, podobnie uczynił z dużo większym terenem na łąkach koło rzeki, przy drodze krajowej numer 45, która w Praszce zamienia się na chwilę w ul. Piłsudskiego. Tam wyasfaltował całość, grzebiąc we wspomnieniach koniczynę, firletkę, jaskry i pięciornik gęsi, położył ładne krawężniki, namalował na asfalcie stanowiska i numery i zaczął zarabiać jako właściciel placu targowego. Na starym, malutkim, wybudował hurtownię warzyw i owoców „Sebos”. (Od imienia młodszego syna, który zresztą dostał od ojca interes, oraz, oczywiście, ożenił się: z córką zegarmistrza. Z tym ożenkiem był pewien kłopot, bo owa córka należała do lokalnej sekty – Świadków Jehowy, którzy wykluczyli ją ze swego grona i przestali poznawać na ulicy po zaślubinach z katolikiem.) Potem Stanaszek senior postawił duży, jak na praszkowskie możliwości, dom handlowy, wykupił nieco bagnisty teren przy rzece naprzeciwko placu targowego, wyciął stary sad, zlikwidował przejście na skróty koło komendy policji i zrobił duży, porządny parking wyłożony kostką brukową, płatny w środy i soboty. W ten sposób pozbawił części dochodu harcerzy, którzy z poświęceniem wstawali w soboty o świcie i zbierali co łaska od kierowców chcących zaparkować samochód na ich błotnistym kawałku ziemi przed harcówką nazwanym „Parkingiem Dziewięć Dębów”, pod którymi faktycznie się znajduje.
Gdyby ktoś chciał zarabiać na parkingu w zeszłym stuleciu, nie miałby takich możliwości; dawniej targ odbywał się w Praszce w każdy wtorek po piętnastym dniu miesiąca, a jarmark – w drugą sobotę. Teraz jest tylko targ, w środy i w soboty; czyli trzynaście razy w miesiącu na wyasfaltowanym placu kłębi się tłum. W Praszce nie mówi się „targ”, tylko „bazarek”, a kobiety jeszcze całkiem niedawno zakładały na zakupy swoje lepsze ciuszki, bo na bazarku pojawiało się przecież całe miasto. Dzisiaj właśnie jest środa. Okoliczni sprzedawcy wszystkiego wyjeżdżają z domu przed świtem, żeby przed siódmą móc zacząć handlować. Najwcześniej są ci z warzywami: ustawiają kobiałki z ostatnimi truskawkami, wiśniami, skrzynki pomidorów i wczesnych jabłek, worki marchwi i fasoli, układają kapustę, pory, kalafiory i paprykę na składanych stołach. Po warzywa ludzie przyjdą najpierw; później mężczyźni będą kupować u ruskiego tarcze do piły, scyzoryki, zegarki i golarki elektryczne, a kobiety będą mierzyć rozciągliwe bluzki i brzydkie sweterki za starymi kocami w prowizorycznych przymierzalniach, macać pościel, ręczniki i obrusy – obrusy nieplamiące, okazyjnie za dziesięć złotych, z paskudnym nadrukiem kwiatów, które przypominały prawdziwe, a potem przeszły przez chińską fabrykę i teraz przypominają tylko kolorowe plamy. Do południa na targu będzie ruch. Najlepszy towar skończy się przed dziesiątą; potem już wszystko przebrane.
Właścicielem stoiska z rajstopami jest pan Wojciech. Jesteśmy z nim zaprzyjaźnione, wszystkie trzy kobiety w rodzinie; na własny użytek nazywamy go Panem Od Rajstop. Od innych sprzedawców różni się tym, że ma szczupłe, ładne ręce, szczupłą, wysoką, miłą żonę i mówi cicho i kulturalnie. Podobno skończył studia, ale niewiele po nich zarabiał i przerzucił się na handel. Idzie mu dobrze, bo ma dobry towar. Kiedy zajrzę do niego o jedenastej, nie będzie już miał niczego atrakcyjnego; zakupy u niego robi pół Praszki (drugie pół ich nie robi, bo z racji płci rajstop nie nosi) i cała najbliższa okolica. Uśmiechnie się tylko i powie: trzeba było przyjść wcześniej…
Wcześniej – a najlepiej koło siódmej.
Praszka jest jednym z wielu małych miasteczek, w których kolejka do mięsnego ustawia się na godzinę przed otwarciem sklepu. To nawyk ze starych, dobrych czasów, za których jak człowiek chciał mieć mieszkanie, brał świnię, szedł do prezesa spółdzielni mieszkaniowej i przydział znajdował się od razu. Teraz własna świnia to rzadkość, chociaż i tak stare układy z poprzedniego systemu działają, a wybory wygrywają zazwyczaj ci sami ludzie. Dawniej byli w partii, teraz są w partiach, i nawet jeśli wydaje się, że na terenie gminy zmienił się układ sił, bo wybory dyskretnie przestało wygrywać SLD, nic podobnego. To nie partie tworzą ludzi, tylko ludzie tworzą partie zgodnie ze swoimi interesami i wpojonymi dawniej zasadami, a główna z nich brzmi: pieniądze. Jest tak, jak wszędzie, tylko że w milionowym mieście trudniej dostrzec ten proces, bo jest rozmyty w setkach twarzy i portfeli. W Praszce widać wszystko czarno na białym. W 1993 roku na rynku wygłosił przemówienie Lepper. Było to przemówienie z okazji wywiezienia burmistrza Skoczka na taczce. Wokół sprawy zrobił się szum medialny, ale nie dlatego, że Lepper podpuścił bezrobotnych, którzy wsadzili burmistrza na taczkę i obwieźli go kilka razy wokół rynku, ku uciesze jego różowych przeciwników politycznych, ale dlatego, że burmistrz był inwalidą i miał protezę nogi. Samo wożenie media uznały za odruch społeczny. Kiedy burmistrzem był Ryszard Karaczewski, został oskarżony o niepotrzebne utopienie w oczyszczalni ścieków pięciu milionów, co wcale nie przyspieszyło budowy, a wręcz przeciwnie. Podobno zrobił to bez konsultacji z radnymi, do których obowiązków należy ustalanie budżetu. Sprawa przeszła prawie bez echa. Był różowy. Obecny burmistrz jest oskarżony o zakup kradzionego samochodu. Jeśli mu udowodnią popełnienie przestępstwa sprzed trzech lat - kiedy pewnie jeszcze nie śnił, że zostanie burmistrzem - straci urząd. Niektórzy już zacierają rączki, bo nowy burmistrz nie jest ze starych „elit”; na swoją obronę ma tylko to, że zamienił siekierkę na kijek, bo wyjeżdżając z komisu passatem, zostawił tam piętnaście tysięcy i starą bravię; stracił więc dwa samochody, bo passata odebrał mu sąd, piętnaście tysięcy, czyli obecnie, po czerwcowej podwyżce działającej wstecz – półtorej swojej pensji, i padł ofiarą człowieka, który oszukał innych trzydziestu sześciu naiwniaków oraz cztery instytucje. Sprawa najwyraźniej jeszcze trwa, bo burmistrz dalej zajmuje swój stołek, a „Kulisy Powiatu”, patrzące władzy na ręce, jeszcze chyba o tym nie napisały. Nikt nie zamierza wozić go wokół rynku; zresztą teraz rynek jest miejscem godów. W parku – czyli wśród trzydziestu drzew usytuowanych na środku rynku o średniowiecznej zabudowie, na ławkach siadają dziewczyny, ubrane jak manekiny na wystawie, z ciężkim makijażem. Nie mają wiele lat, za to – wiele do powiedzenia o tym, co się tu dzieje. Jest jeden ogródek piwny, w którym siedzą doroślejsi mieszkańcy. Dziewczyny, które siedzą na ławkach, nie czekają na nikogo, za to oglądają - i są oglądane – przez chłopaków, którzy swoimi właśnie kupionymi albo sprowadzonymi z Niemiec samochodami z piskiem opon robią kółka wokół, albo hamują w krótkiej uliczce prowadzącej z rynku do kościoła.
Ten kościół jest zwany starym, ma dwie wieże i czterysta lat tradycji, w oknach witraże autorstwa krakowskiego malarza, Adama Bunscha, a na posadzce płytki kładzione przez słynną firmę Villeroy & Boch. Ma też dwóch księży parafialnych. Kilka lat temu za sprawą parafialnego donosu zmienił się proboszcz; chodził w jednej, poprzecieranej sutannie, jeździł trabantem, dawał pijakom na chleb z własnej, niedużej pensji, inwestował w kościół, remontując go i doprowadzając do świetności, a na kazaniu mówił do swoich parafian „moi kochani”. Komuś nie spodobało się jednak, że w domu parafialnym wynajmowali pokoje jego starzy rodzice; obecny proboszcz jeździ zielonym oplem, zamyka kancelarię przed czasem i mówi do nielicznych wiernych, którzy pozostali jeszcze w kościele po siedmiu latach, „proszę państwa”.
Prawie naprzeciwko kościoła – redakcja lokalnej gazety. „Kulisy Powiatu” obejmują zasięgiem cztery miasteczka: Wieluń, Kluczbork, Olesno – i Praszkę, w której mieszka prezes Wydawnictwa Pro oraz wydawca „Kulis”, szczycący się swoją współpracą z Radiem Wolna Europa w Monachium. Ma długą, siwą brodę podzieloną na dwie sterczące na boki kępy, łysą głowę, wielkiego owczarka podhalańskiego, jest właścicielem lokalnego domu handlowego, nazywa się Świeykowski przez igrek i sprawia wrażenie, jakby dla pieniędzy nie cofał się przed niczym. W redakcji pracują trzy dziennikarki-polonistki; jedna z nich w zainteresowaniach podaje „astrologię, psychologię, a ostatnio nawet politykę”. Dla drugiej „dziennikarstwo to chaos, improwizacja i nagłe zmiany akcji”. Jednym ze stałych współpracowników jest też pan Stanisław z Kluczborka: namówiony przez Świeykowskiego, pisze, od kiedy przeszedł na emeryturę. Pisze też z nawyku: „kiedy był policjantem, musiał dużo pisać”; a trochę nim był, bo od 1978 roku służył w MO, a później w policji. Wydawca dobrze wie, czego chce, i wzoruje się na ogólnopolskim „Fakcie”. Problem polega na tym, że ”Kulisy” mają zasięg lokalny i kiedy już się przeczyta, że wskazany z nazwiska sąsiad zdradza żonę z młodszą panienką, przy okazji prowadząc dla narzeczonych przygotowanie do sakramentu małżeństwa w swojej parafii, trudno później rzecz wyprostować, bo o sprostowanie pomówienia nikt się nie zatroszczy, a pikantna wiadomość zostanie na długo w głowach i spojrzeniach sąsiadów mijanych na schodach, po których schodzi się długo, bo z czwartego piętra.
Popołudnie w Praszce, w środku tygodnia, jest leniwe i ciche. Na ulicach nie ma nikogo oprócz tych, którzy poszli na zakupy do Biedronki; młodzież siedzi na nielicznych ławkach pod swoimi blokami. Dopiero pod wieczór na ulicach pojawi się trochę więcej ludzi, idących do którejś z czterech pubów lub trzech pizzerii, albo zwyczajnie – na spacer.
Ja też wychodzę na spacer. Jest coraz ciemniej i chłodniej, mimo, że to prawie połowa lipca. Padało, trawa jest wilgotna od deszczu i rosy. Krążę powolnym krokiem człowieka, który nie ma nic do zrobienia; mijam zachód słońca, gapię się chwilę na odbicia złotofioletowych chmur w rzece – ale nie takiej prawdziwej, ze spienionym nurtem, wysokim brzegiem, piaszczystymi łachami, tylko małej, malutkiej rzeczce, zarośniętej trawami, w której woda zakrywa dorosłego mężczyznę tylko podczas powodzi, kiedy przelewa się przez most górą. To Wyderka, mniejsza z dwóch rzeczek płynących przez Praszkę. Druga rzeka to Prosna, którą można by dopłynąć aż do Zalewu Kamieńskiego, gdyby wsiąść przy moście w kajak. W 1860 roku Prosna była linią demarkacyjną pomiędzy Królestwem Polskim a Prusami; 1 września 1939 roku rano żołnierze Wojska Polskiego, ostrzelani przez niemiecki oddział, stacjonujący po drugiej stronie granicy-Prosny, wysadzili most graniczny. Mimo tego zajęcie Praszki trwało tylko kilka godzin; zaraz po spacyfikowaniu ludności Niemcy przerzucili przez rzekę własny most, zdolny wytrzymać czołgi i wozy pancerne, które pojechały w głąb kraju, zdobywać Wieluń.
Idę w pola. Niskie bloki znikają za moimi plecami. W Praszce jest niewiele bloków i żaden z nich nie przekracza wysokości czterech pięter. Bloki są wewnątrz Praszki; na jej obrzeżach coraz szerzej rozpościerają się małe osiedla willowe. Budują je ludzie, którzy mieli już dość harówy w jedynym dużym zakładzie produkującym w czasach świetności części hamulcowe do Kamazów, a później też różne części samochodowe, w zależności od kontraktu. Mieli dość, ziemi już nie mieli, cisnęli się z rodzinami w za małych mieszkaniach w blokach - pracę dostaje tu tylko ten, kto ma dobre układy – dlatego zaczęli wyjeżdżać do Niemiec, na saksy, do opieki, na budowy, do szklarni, sadów, warsztatów samochodowych – i wracali z pieniędzmi, z konkretną gotówką, z pełnym kontem. I budowali domy. W ciągu kilku lat Praszka poszerzyła się o dobre kilka kilometrów; zielone tabliczki na wjeździe i wyjeździe coraz częściej zmieniały miejsce, przesuwane przez bezrobotnych zatrudnionych na jedną fuchę przez Urząd Miasta.
Robi się coraz ciemniej, bo za „osiedlem willowym” nie ma jeszcze latarni. Dopóki świecą te przy ogródkach, widać jeszcze wyraźnie merdający psi ogon. Pies przypałętał się na ostatnim skrzyżowaniu: mały, rudy, z oklapłymi uszami, wesołym ogonem zadartym wysoko w górę, z obrożą. Zamierzał widocznie iść na spacer, ale nikt z jego właścicieli nie miał zamiaru ruszać się po jedenastej wieczorem z ciepłego mieszkania w wilgotne pola, oświetlone pomarańczową połówką księżyca wiszącego nisko nad horyzontem. Poszedł więc sam i postanowił przyłączyć się do mnie.
Idziemy asfaltową drogą, cykają świerszcze, sieć wysokiego napięcia buczy i trzeszczy. W świetle nielicznych latarni widać czarne plamy oleju na nowym asfalcie. Pies przebiega przez mój długi cień, wsadzając nos w trawy po jednej, potem po drugiej stronie drogi. Nic tędy nie jedzie, nie palą się żadne światła w oknach, wszyscy śpią. Księżyc wzeszedł trochę wyżej, oblewa żółtym blaskiem dojrzale prawie kłosy, chabry, które o tej porze nabierają przedziwnego odcienia, pola facelii – nowego wynalazku pszczelarzy. Na horyzoncie – las, jesteśmy na rozstajach, na których asfaltowa szosa zakręca i rozstaje się z nią węższa, piaszczysta droga, prowadząca przy małej brzezince do kilku odleglejszych gospodarstw. Za plecami mamy nocną panoramę Praszki: po prawej na skos widać dwie wieże starego kościoła, po lewej, prawie w polach – niższy dach nowego.
„Nowa parafia” wokół kościoła pod wezwaniem Świętej Rodziny powstała niedługo po tym, kiedy w 1987 r. w „Teleekspresie” prezenter podał, że w Praszce jest najwyższy odsetek rozwodów w stosunku do całej Polski. Arcybiskup częstochowski, Stanisław Nowak, pojechał wkrótce potem do Warszawy, na dywanik do kardynała Glempa. Kardynał zapytał go, co to za taka Praszka i dlaczego tyle tych rozwodów, i powiedział, że tak nie może być. Wkrótce po tej rozmowie została erygowana nowa parafia. Pierwszy kościół mieścił się w stodole na wzgórzu, zwanym Makowym. Idzie się do niego pod górkę i mija się stary żydowski kirchof, na którym Niemcy podczas wojny rozstrzelali jedenastu starych i chorych Żydów. Był to ostatni etap pogromu Żydów praszkowskich. Zaczęło się od spisu ludności, który skrupulatni Niemcy przeprowadzili cztery miesiące po zajęciu Praszki, w grudniu 1939 roku. Na cztery tysiące trzystu mieszkańców ponad tysiąc stanowili Żydzi. Mieli swoją synagogę, szkołę, bibliotekę, cmentarz. Najpierw ogolono im brody z jednej strony twarzy. Później nakazano chodzić rynsztokami. Jeszcze później ograbiono i zniszczono synagogę, a w 1941 roku utworzono getto. Młodzi i silni budowali drogę do pobliskiej miejscowości, używając kamieni z rozwalonego muru kirchofu. 12 sierpnia 1942 roku przeprowadzono selekcję mieszkańców getta: młodzi mężczyźni trafili na roboty w Niemczech, kobiety, dzieci i słabszych w ciągu 24 godzin wywieziono do Chełmna nad Nerem i zagazowano. Jedenastu rozstrzelano na miejscu, na żydowskim cmentarzu z macewami zwalonymi na kilka stosów pod resztkami muru. Wciąż tam leżą: na połamane, kamienne płyty z hebrajskimi napisami i wyrytymi lwami sypią się jesienią złote brzozowe i topolowe liście. Diaspora amerykańska, której przodkowie spoczywają pod tym cmentarnym gruzem, nie dysponuje funduszami pozwalającymi na odrestaurowanie cmentarza; na ich prośbę, popartą odpowiednimi argumentami, teren otoczył płotem z siatki proboszcz parafii na Makowym Wzgórzu. Przy wejściu pojawiła się metalowa, kuta brama z gwiazdą Dawida i ryglem, którą muszą otwierać właściciele psów, kiedy idą z nimi na spacer po górkach. Spadziste, niewielkie zbocze, porośnięte drzewami, kończy się właśnie stosami połamanych, omszonych płyt, i ciągnie się jeszcze niewielki kawałek, aż do tyłów garaży i budynków miejskich, niskich, parterowych baraków dla pracowników zieleni miejskiej, w których ogródkach piętrzą się połamane huśtawki i karuzele, kolorowy złom z praszkowskich placyków zabaw. Dawniej było to ulubione miejsce zataczających się meneli, wąchaczy kleju, a jeszcze wcześniej - satanistów; teraz teren jest nieco bardziej posprzątany, a ogrodzenie utrudnia dostęp nie tylko spacerowiczom, więc ilość tłuczonego szkła zaścielającego ścieżki nieco zmalała.
Od góry teren kirchofu kończy się zupełnie współczesną płytą poświęconą rozstrzelanym Żydom. Dawniej ścieżka prowadziła na górę koło płyty - na której kładło się dzikie róże, a w maju zawilce i konwalie - przez płaski kawałek pomarańczowej, gliniastej ziemi aż do lejów po bombach, porośniętych młodymi, czerwonymi klonami, a potem aż do starego sadu pełnego brzemiennych jesienią jabłoni, i jeszcze dalej, do sosnowego lasku, w którym najlepiej wychodziły ogniska i z którego widać drugą rzekę, Prosnę, płynąca od Gorzowa Śląskiego, odległego od Praszki o pięć kilometrów. W Gorzowie nad rzeką jest zakład; nazywa się „Armagor”. Przed „Armagorem” wody Prosny mają pierwszy stopień czystości; żyją w nich wydry i raki. Za „Armagorem” woda ma już drugi stopień czystości. Wydry i raki tego nie lubią.
Teraz jednak, wchodząc przez bramę z gwiazdą Dawida, nie da się dojść do lasku z widokiem na rzekę. Ścieżka wspina się na górę, jak dawniej pomarańczowa, ale druciana siatka płotu zagradza przejście na teren Kalwarii Praszkowskiej, ostatniej dumy i ukochania proboszcza parafii Świętej Rodziny, który patronom parafii postawił kościół i uznał, że to wystarczy, a sam zajął się sanktuarium fatimskim, a później – własnym i niepowtarzalnym praszkowskim sanktuarium Matki Boskiej Kalwaryjskiej, której obraz zasłaniany i odsłaniany jest przy fanfarze wygrywanej na trąbce podobno przez znanego muzyka, znajomego proboszcza. Proboszcz jest zresztą, jak ludzie gadają, siostrzeńcem arcybiskupa Nowaka.
Kalwarii i niskiego, brzydkiego, białego budynku z wielką figurą Chrystusa na dachu, czyli grobowca Pana Jezusa, z rozstajów nie widać. Dawniej tym w miejscu, które właśnie obwąchuje mój tymczasowy pies, stała potężna stara wierzba, pod którą zatrzymywały się samochody z parami szukającymi spokoju na szybki numerek. Kurestwo jest na równi z alkoholizmem plagą społeczną w Praszce. Warunki są sprzyjające – w okolicznych wsiach zbudowano w ostatnim dziesięcioleciu kilka wielkich budynków dyskotek (wcześniej były urządzane w remizach strażackich), zatrudniono DJ’ów grających ostre techno i ułatwiono trzynasto- i piętnastolatkom uczestniczenie w odbywającym się tam copiątkowym polowaniu, podstawiając specjalne autobusy, zbierające ludzi z okolicznych wiosek i dowożące prosto pod odrzwia imprezowni. Nawet kilkukrotne naloty policji w związku z powszechnie sprzedawanymi tam narkotykami nie zatrzymały młynów rozrywki. Zresztą nie tylko młode dziewczęta z dobrych praszkowskich domów mają szanse na swoją wielką przygodę. Mężatki nie chcą czuć się gorsze i często zdarza się, że w jednym, trzypokojowym mieszkaniu zameldowanych jest sześć osób, tworzących rodzinę, z których tylko dwie noszą to samo nazwisko i jest to zazwyczaj nazwisko dwójki dzieci z pierwszego małżeństwa właścicielki mieszkania. Jeden z bardziej spolegliwych mężów przemieszkiwał przez długi czas we własnej piwnicy, do której wypędziła go żona – hetera, na górę przychodząc tylko zagotować sobie herbatę albo skorzystać z łazienki. Żona była pochłonięta romansem z byłym milicjantem mieszkającym po sąsiedzku - poniewierającym swoją matkę-staruszkę aż do jej śmierci, który zresztą niedługo po tej śmierci zapił się na śmierć - i przymykała oko na takie dodatkowe zużycie wody.
Wracam do domu dobrze po północy. Jest cicho, latarnie świecą na pomarańczowo. Kilka lat temu miasto postanowiło oszczędzać na oświetleniu i po dwudziestej drugiej gaszono światła w całej Praszce. Teraz zmienił się burmistrz. Jest zimno, nad polami zaczyna się unosić lekka mgiełka i uśpiony krajobraz lśni pomarańczowawą, księżycową poświatą. Mgła zaokrągla kształty, wygładza je, otula – mimo, że księżyc jest coraz wyżej, pola i przydrożne drzewa widziane z oddali straciły ostrość, jakby dziecko bawiło się starą Practicą taty. Chłód przejmuje do kości, chociaż jest środek lipca. Do połowy drogi odprowadza mnie pies – echo moich szybkich kroków i jego pazurków, stukających o zniszczone płytki chodnika odbija się od niziutkich, dwupiętrowych bloków i niesie się daleko pustymi ulicami. Wszystkie okna są ciemne. Jest środa, jutro trzeba wstać do pracy. Jeśli ktoś jeszcze nie śpi, słyszy przez uchylone okno wszystkie kroki na ulicy, nawet dźwięk wydawany przez ocierające się o siebie nogawki moich dżinsów. Gdybym, idąc, rozmawiała przez telefon, mieszkańcy całej, długiej ulicy Mickiewicza, którzy mają mieszkania z oknami wychodzącymi na ulicę, byliby jutro w stanie powtórzyć z dokładnością co do jednego słowa wszystko, co powiedziałabym półgłosem do słuchawki. Pies rezygnuje, widocznie uznał, że to koniec spaceru; zatrzymuje się przy rosnących na środku trawnika. Oprócz moich kroków nie słychać już nic. Nawet kos, który urządza zazwyczaj nocne koncerty, tym, dziwniejsze, że nauczył się naśladować piszczenie pompki do roweru i skwapliwie to wykorzystuje, już nie śpiewa; zmarznięty i nastroszony, siedzi ukryty głęboko w liściach jarzębiny.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
DRUT
Dezinformacyjny Raczej Uniwersytecki Tygodnik
Numer 0
red. naczelny: Maurycy Barański
To nie grzech. Trzeba tylko uważać na robaki.
Rozmowa z ojcem Eufrazym Liberą o moralnych aspektach jedzenia czereśni - str.11.
Powstaje nowy kompleks WC PATu!
Nowoczesny kompleks WC połączony z czytelnią i wyposażony w sprzęt audio powstaje przy ul. Gołębiej. "Miejsce zostało wybrane po długim namyśle, chodzi nam o integrowanie studentów PATu oraz UJ" - powiedział nam Xawery Indyczek, autor projektu architektonicznego. Jeszcze nie wiadomo, czy do realizacji zostanie dopuszczony kontrowersyjny pomysł umieszczenia wieszaczków na torebki na drzwiach damskich toalet. "Obawiamy się zarzutu dyskryminacji mężczyzn" - powiedział rzecznik prasowy projektu, Arkadiusz Michalski.
Zamordował promotora, a potem rzucił się z okna.
Dwa dni przed złożeniem pracy promotor powiedział mu, że powinien zmienić temat i napisać wszystko od nowa. Według relacji naocznych świadków Piotrek M., student piątego roku angelologii demograficznej zbladł, wyjął z kieszeni długopis i wbił go Zenobiuszowi N. w krtań. Potem podarł na strzępy wydruk i rzucił się z okna na dziedziniec. "Rozplasnął się w taką wielką dwójkę i nawet szlauchem nie dało się tego zmyć przed przybyciem policji" - zdradza naszemu reporterowi jeden z pracowników techniczych, Włodzimierz Olejnik, który chce pozostać anonimowy. Ciąg dalszy na str. 7.
"Neverdone" już na PAT!
Już od 1 lipca w nowym budynku PAT można będzie obejrzeć wystawę zdjęć kontrowersyjnego amerykańskiego fotografa polskiego pochodzenia. "Fotografie nigdy nie zostały zrobione, a wystawione puste ramy są symbolem inercyjności popkulturowej emowrażliwości kadrowania. Poza tym nie widać nagości" - napisał o "Neverdone" poczytny dziennik kulturalny "The Sun". Wystawa potrwa do 30 września.
"Sens bez siorbania"
Czasami wykładowcy zakładają słuchawki albo otwierają okno. Ale tak naprawdę mało kto wyrzuca za siorbanie. "Siorbię na każdym egzaminie i jestem już na czwartym roku" - mówi Adam Gruszka, student PAT. "Dawniej siorbanie było bardzo negatywnie postrzegane; teraz się to zmienia" - przyznaje Eugeniusz Grochówa, nauczyciel akademicki. Nasz raport "Czy jesteśmy bardziej liberalni 2009"
Ogłoszenia:
W dniach 32-34 czerwca odbędzie się XIII Konferencja Kreacji Filozoficznej: Między indyferentyzmem wczesnego heideggeryzmu a racjonalnym dyskursem epistemologicznym późnego Szlajermachera.
Koło Tegologiczne PAT zaprasza na dyskusję panelowo-destruktywną pt. "Czy Bonanzjusz z Fazis w swoim dziele "De" skłania się ku tryteramadawerianizmowi?"
Numer 0
red. naczelny: Maurycy Barański
To nie grzech. Trzeba tylko uważać na robaki.
Rozmowa z ojcem Eufrazym Liberą o moralnych aspektach jedzenia czereśni - str.11.
Powstaje nowy kompleks WC PATu!
Nowoczesny kompleks WC połączony z czytelnią i wyposażony w sprzęt audio powstaje przy ul. Gołębiej. "Miejsce zostało wybrane po długim namyśle, chodzi nam o integrowanie studentów PATu oraz UJ" - powiedział nam Xawery Indyczek, autor projektu architektonicznego. Jeszcze nie wiadomo, czy do realizacji zostanie dopuszczony kontrowersyjny pomysł umieszczenia wieszaczków na torebki na drzwiach damskich toalet. "Obawiamy się zarzutu dyskryminacji mężczyzn" - powiedział rzecznik prasowy projektu, Arkadiusz Michalski.
Zamordował promotora, a potem rzucił się z okna.
Dwa dni przed złożeniem pracy promotor powiedział mu, że powinien zmienić temat i napisać wszystko od nowa. Według relacji naocznych świadków Piotrek M., student piątego roku angelologii demograficznej zbladł, wyjął z kieszeni długopis i wbił go Zenobiuszowi N. w krtań. Potem podarł na strzępy wydruk i rzucił się z okna na dziedziniec. "Rozplasnął się w taką wielką dwójkę i nawet szlauchem nie dało się tego zmyć przed przybyciem policji" - zdradza naszemu reporterowi jeden z pracowników techniczych, Włodzimierz Olejnik, który chce pozostać anonimowy. Ciąg dalszy na str. 7.
"Neverdone" już na PAT!
Już od 1 lipca w nowym budynku PAT można będzie obejrzeć wystawę zdjęć kontrowersyjnego amerykańskiego fotografa polskiego pochodzenia. "Fotografie nigdy nie zostały zrobione, a wystawione puste ramy są symbolem inercyjności popkulturowej emowrażliwości kadrowania. Poza tym nie widać nagości" - napisał o "Neverdone" poczytny dziennik kulturalny "The Sun". Wystawa potrwa do 30 września.
"Sens bez siorbania"
Czasami wykładowcy zakładają słuchawki albo otwierają okno. Ale tak naprawdę mało kto wyrzuca za siorbanie. "Siorbię na każdym egzaminie i jestem już na czwartym roku" - mówi Adam Gruszka, student PAT. "Dawniej siorbanie było bardzo negatywnie postrzegane; teraz się to zmienia" - przyznaje Eugeniusz Grochówa, nauczyciel akademicki. Nasz raport "Czy jesteśmy bardziej liberalni 2009"
Ogłoszenia:
W dniach 32-34 czerwca odbędzie się XIII Konferencja Kreacji Filozoficznej: Między indyferentyzmem wczesnego heideggeryzmu a racjonalnym dyskursem epistemologicznym późnego Szlajermachera.
Koło Tegologiczne PAT zaprasza na dyskusję panelowo-destruktywną pt. "Czy Bonanzjusz z Fazis w swoim dziele "De" skłania się ku tryteramadawerianizmowi?"
czwartek, 18 czerwca 2009
Katolik nie pierze
Pytanie, jakie zostało postawione przez autora artykułu „Katolicki dziennikarzu! Odbiór!” brzmi: dlaczego nie ma katolickich dziennikarzy śledczych, piorących brudy Kościoła?
Katolickie? A jakie to?
Pierwsze skojarzenia z hasłem "media katolickie": „Radio Maryja”, „Telewizja Trwam”, „Nasz Dziennik”. Czasami jeszcze „Gość Niedzielny”, „Niedziela” i „Tygodnik Powszechny”.
Daliśmy sobie wmówić, że „katolicki” znaczy inny, oderwany od "rzeczywistego świata", zamknięty na własnym kościelnym podwórku święconym przed wizytą moralnie podejrzanego biskupa przez żądającego pieniędzy proboszcza, żeby przepędzić diabła tolerancji, postępu i lustracji. „Katolickie media” to takie, które poruszają się jedynie w obrębie spraw wiary. W inne sprawy nie powinny się mieszać; to nie ich działka. Przyklejenie im etykietki „katolickich” powinno sprawić, że uznamy je za „branżowe”: tak, jak „Elle-Decoration”, „Twój Dom”, „Murator” – nikt nie spodziewa się po tych tytułach śledczych reportaży o nadużyciach w budownictwie czy oszustwach dekoratorów wnętrz.
Kto napisze źle o biskupie
Co stoi na przeszkodzie, żeby „w lokalnych mediach katolickich jawnie wyśmiać antysemityzm proboszcza?” To samo, co nie pozwala lokalnym mediom nagłaśniać lokalnych afer politycznych i gospodarczych. Temat nie zostanie podjęty – lub zostanie skutecznie wyciszony – bo wszyscy są jakoś uwikłani w sprawę. Na jednej z konferencji dotyczących dziennikarstwa śledczego wstała pewna dziennikarka prasy lokalnej i opowiedziała długą historię starań ujawnienia poważnych nieprawidłowości w lokalnym samorządzie. Liczne i bezskuteczne próby nagłośnienia afery i zainteresowania nią „dużych mediów” o zasięgu ogólnopolskim zakończyły się zamknięciem gazety przez jednego z bohaterów afery, znającego, kogo trzeba było.
(Do)wolność słowa
Wolność słowa pozwala mówić o tym, o czym chcemy: ale nie nakazuje mówić. Wolność słowa nie gwarantuje, że na jaw wyjdą wszystkie kłamstwa sfery publicznej; raczej zachęca do żonglowania informacjami o tych kłamstwach. Zawartość naszego śniadaniowego muesli informacyjnego zależy od tego, która grupa czyjego interesu przeszła właśnie kurs żonglerki - albo tresury medialnego niedźwiedzia. Nasze przekonanie – albo przekonanie nas – że „media katolickie” powinny być głupiutkie, siermiężne, ubogie w treść, ciche, pokorne i w niczym nie mające żadnego interesu sprawia, że jesteśmy zirytowani i zdezorientowani, kiedy odkrywamy, że „katolickie” działają tak, jak wszystkie inne.
Afery na zamówienie
Czy „katoliccy” dziennikarze śledczy powinni specjalizować się w tropieniu afer w kurii, „wymiataniu spod dywanu”, pisaniu o alkoholizmie proboszczów i licznych dzieciach wikariuszy? Czy może raczej powinni zająć się preparowaniem i wywlekaniem brudów Urbana? Żądamy przecież, żeby media, które opatrzyliśmy etykietką „katolickie”, przestały serwować nam dobre, nudne i schematyczne wiadomości, a zamiast tego stały się kolejną areną walki. Walki o prawdę, rzecz jasna. My wiemy, co się dzieje. Na Kościele znamy się wszyscy, i to bardzo dobrze. Kościół to hierarchiczna struktura księży załatwiających własne interesy za pieniądze głupców, którzy jeszcze dają na tacę. Wierzący, niewierzący, niewierzący praktykujący, narzekający, zwalczający - kogo nie zapytać, od razu wymieni długą listę kościelnych brudów skutecznie zamiecionych pod dywan przez proboszcza, biskupa, przeora. Chcemy, żeby media powiedziały nam wprost, że mamy rację. Chcemy zobaczyć w ukrytej kamerze, jak proboszcz mizdrzy się do ministrantów. Chcemy posłuchać nagrania, jak biskup klnie w swojej kancelarii, a zakonnica – sekretarka proponuje mu seks za premię, bo chce kupić nowy, jedwabny habit. Nie chcemy myśleć o tym, że na miano afery w Kościele zasługuje historia naszej sąsiadki, która próbuje coraz głębszym dekoltem i płaczem w kancelarii parafialnej uwieść kolejnego wikarego. Nie zastanawiamy się, czy wynoszenie z placu budowy nowej plebanii wszystkiego, czego proboszcz nie przywiązał do łańcucha z dobermanem na drugim końcu, nie kwalifikują się do miana lokalnej afery kryminalnej. Albo, że propozycje załatwienia lepszego samochodu, rekolekcji na Lazurowym Wybrzeżu albo naprawy cieknącego dachu parafialnego kościoła w zamian za szybki, cichy i przeprowadzony bez zbędnych formalności ślub córki jednego z lokalnych potentatów to afera korupcyjna w Kościele. Chcemy na obiad krwistego steku przyrządzonego według naszego przepisu, który utwierdzi nas w przekonaniach podanych nam w medialnym muesli przy śniadaniu. Żądamy tego od dziennikarzy zatrudnionych w „mediach katolickich”. Tych, którzy wolą opisywać parafialne pielgrzymki, „wykorzystując Jana Pawła II jako dostarczyciela lidów”. Tych, którzy boją się wywołać publiczną dyskusję o chorym sektorze, wiedząc, nie doprowadzi do konstruktywnych zmian, ale narobi jeszcze więcej szkody, stając się korytem, przy którym napasą się do syta cudze interesy.
Katolickie? A jakie to?
Pierwsze skojarzenia z hasłem "media katolickie": „Radio Maryja”, „Telewizja Trwam”, „Nasz Dziennik”. Czasami jeszcze „Gość Niedzielny”, „Niedziela” i „Tygodnik Powszechny”.
Daliśmy sobie wmówić, że „katolicki” znaczy inny, oderwany od "rzeczywistego świata", zamknięty na własnym kościelnym podwórku święconym przed wizytą moralnie podejrzanego biskupa przez żądającego pieniędzy proboszcza, żeby przepędzić diabła tolerancji, postępu i lustracji. „Katolickie media” to takie, które poruszają się jedynie w obrębie spraw wiary. W inne sprawy nie powinny się mieszać; to nie ich działka. Przyklejenie im etykietki „katolickich” powinno sprawić, że uznamy je za „branżowe”: tak, jak „Elle-Decoration”, „Twój Dom”, „Murator” – nikt nie spodziewa się po tych tytułach śledczych reportaży o nadużyciach w budownictwie czy oszustwach dekoratorów wnętrz.
Kto napisze źle o biskupie
Co stoi na przeszkodzie, żeby „w lokalnych mediach katolickich jawnie wyśmiać antysemityzm proboszcza?” To samo, co nie pozwala lokalnym mediom nagłaśniać lokalnych afer politycznych i gospodarczych. Temat nie zostanie podjęty – lub zostanie skutecznie wyciszony – bo wszyscy są jakoś uwikłani w sprawę. Na jednej z konferencji dotyczących dziennikarstwa śledczego wstała pewna dziennikarka prasy lokalnej i opowiedziała długą historię starań ujawnienia poważnych nieprawidłowości w lokalnym samorządzie. Liczne i bezskuteczne próby nagłośnienia afery i zainteresowania nią „dużych mediów” o zasięgu ogólnopolskim zakończyły się zamknięciem gazety przez jednego z bohaterów afery, znającego, kogo trzeba było.
(Do)wolność słowa
Wolność słowa pozwala mówić o tym, o czym chcemy: ale nie nakazuje mówić. Wolność słowa nie gwarantuje, że na jaw wyjdą wszystkie kłamstwa sfery publicznej; raczej zachęca do żonglowania informacjami o tych kłamstwach. Zawartość naszego śniadaniowego muesli informacyjnego zależy od tego, która grupa czyjego interesu przeszła właśnie kurs żonglerki - albo tresury medialnego niedźwiedzia. Nasze przekonanie – albo przekonanie nas – że „media katolickie” powinny być głupiutkie, siermiężne, ubogie w treść, ciche, pokorne i w niczym nie mające żadnego interesu sprawia, że jesteśmy zirytowani i zdezorientowani, kiedy odkrywamy, że „katolickie” działają tak, jak wszystkie inne.
Afery na zamówienie
Czy „katoliccy” dziennikarze śledczy powinni specjalizować się w tropieniu afer w kurii, „wymiataniu spod dywanu”, pisaniu o alkoholizmie proboszczów i licznych dzieciach wikariuszy? Czy może raczej powinni zająć się preparowaniem i wywlekaniem brudów Urbana? Żądamy przecież, żeby media, które opatrzyliśmy etykietką „katolickie”, przestały serwować nam dobre, nudne i schematyczne wiadomości, a zamiast tego stały się kolejną areną walki. Walki o prawdę, rzecz jasna. My wiemy, co się dzieje. Na Kościele znamy się wszyscy, i to bardzo dobrze. Kościół to hierarchiczna struktura księży załatwiających własne interesy za pieniądze głupców, którzy jeszcze dają na tacę. Wierzący, niewierzący, niewierzący praktykujący, narzekający, zwalczający - kogo nie zapytać, od razu wymieni długą listę kościelnych brudów skutecznie zamiecionych pod dywan przez proboszcza, biskupa, przeora. Chcemy, żeby media powiedziały nam wprost, że mamy rację. Chcemy zobaczyć w ukrytej kamerze, jak proboszcz mizdrzy się do ministrantów. Chcemy posłuchać nagrania, jak biskup klnie w swojej kancelarii, a zakonnica – sekretarka proponuje mu seks za premię, bo chce kupić nowy, jedwabny habit. Nie chcemy myśleć o tym, że na miano afery w Kościele zasługuje historia naszej sąsiadki, która próbuje coraz głębszym dekoltem i płaczem w kancelarii parafialnej uwieść kolejnego wikarego. Nie zastanawiamy się, czy wynoszenie z placu budowy nowej plebanii wszystkiego, czego proboszcz nie przywiązał do łańcucha z dobermanem na drugim końcu, nie kwalifikują się do miana lokalnej afery kryminalnej. Albo, że propozycje załatwienia lepszego samochodu, rekolekcji na Lazurowym Wybrzeżu albo naprawy cieknącego dachu parafialnego kościoła w zamian za szybki, cichy i przeprowadzony bez zbędnych formalności ślub córki jednego z lokalnych potentatów to afera korupcyjna w Kościele. Chcemy na obiad krwistego steku przyrządzonego według naszego przepisu, który utwierdzi nas w przekonaniach podanych nam w medialnym muesli przy śniadaniu. Żądamy tego od dziennikarzy zatrudnionych w „mediach katolickich”. Tych, którzy wolą opisywać parafialne pielgrzymki, „wykorzystując Jana Pawła II jako dostarczyciela lidów”. Tych, którzy boją się wywołać publiczną dyskusję o chorym sektorze, wiedząc, nie doprowadzi do konstruktywnych zmian, ale narobi jeszcze więcej szkody, stając się korytem, przy którym napasą się do syta cudze interesy.
niedziela, 7 czerwca 2009
Branża
„Branża jest naprawdę otwarta. Rzecz jasna, nie dla wszystkich. Ale jak jest pani ładna, zgrabna, nie ma przeciwwskazań.”
Do branży łatwo wejść. Wystarczy odpowiedzieć na ogłoszenie zamieszczone w którymś z serwisów, w zakładce „praca”. Trzeba, oczywiście, znaleźć to odpowiednie. Nie różni się niczym od setki pozostałych; agencja fotograficzna ogłasza nowy nabór kandydatek na modelki. „To będzie twoja wielka przygoda.” Rekrutacja przebiega zwyczajnie: wysyłasz swoje dane – wiek, wymiary, dwa zdjęcia: twarz i sylwetkę. I czekasz.
„Wielka przygoda” zaczyna się od telefonu. Po drugiej stronie – niski męski głos. Niewyraźnie wymienia swoje nazwisko i równie niewyraźnie je powtarza. Upewnia się, że to ja wysyłałam zdjęcia. Spodobałam się, chcieliby ze mną współpracować. Praca oczywiście jest wyczerpująca, sesje trwają czasem do dwunastu godzin, ale firma zatrudnia tylko profesjonalistów, jest miła atmosfera. Mam małe doświadczenie – to świetna okazja, żeby wzbogacić swoje portfolio. I nie tylko portfolio. „Mogę pani zdradzić, że nasze najlepsze modelki zarabiają kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie” – dodaje mężczyzna, zniżając głos. Kojarzy się z pomrukiem niedźwiedzia.
Dowiaduję się jeszcze, że zdjęcia publikuje się w Czechach – „wie pani, tam łatwiej z przepisami”; że jeśli sobie zażyczę, będę w pełni anonimowa: nazwisk fotomodelek nie podpisuje się nazwiskami. Nie, nie wszystkich, oczywiście. Tych z branży. I zanim rozpoczniemy współpracę, muszę dosłać jeszcze jedno zdjęcie. Biustu. „Przecież musimy wiedzieć, czy się pani piersi nie rozjeżdżają, bo to potem na zdjęciach nieestetycznie wygląda” – tłumaczy mi zniecierpliwiony mój rozmówca. „Ostatecznie może pani być w koszulce, tylko żeby było widać kształt.” – ustępuje, i, zupełnie się nie przejmując tym, co mówię, dodaje jeszcze: „Nigdzie pani tyle nie zarobi. Na początek dostanie pani dwadzieścia tysięcy miesięcznie i dobre kosmetyki.” Poleca mi zadzwonić, jak już się zastanowię, i koniecznie dosłać zdjęcie piersi, bo inaczej nic z tego.
Ogłoszenie pojawia się jeszcze kilka razy. Później znika.
Dwadzieścia tysięcy nie chodzi piechotą.
Do branży łatwo wejść. Wystarczy odpowiedzieć na ogłoszenie zamieszczone w którymś z serwisów, w zakładce „praca”. Trzeba, oczywiście, znaleźć to odpowiednie. Nie różni się niczym od setki pozostałych; agencja fotograficzna ogłasza nowy nabór kandydatek na modelki. „To będzie twoja wielka przygoda.” Rekrutacja przebiega zwyczajnie: wysyłasz swoje dane – wiek, wymiary, dwa zdjęcia: twarz i sylwetkę. I czekasz.
„Wielka przygoda” zaczyna się od telefonu. Po drugiej stronie – niski męski głos. Niewyraźnie wymienia swoje nazwisko i równie niewyraźnie je powtarza. Upewnia się, że to ja wysyłałam zdjęcia. Spodobałam się, chcieliby ze mną współpracować. Praca oczywiście jest wyczerpująca, sesje trwają czasem do dwunastu godzin, ale firma zatrudnia tylko profesjonalistów, jest miła atmosfera. Mam małe doświadczenie – to świetna okazja, żeby wzbogacić swoje portfolio. I nie tylko portfolio. „Mogę pani zdradzić, że nasze najlepsze modelki zarabiają kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie” – dodaje mężczyzna, zniżając głos. Kojarzy się z pomrukiem niedźwiedzia.
Dowiaduję się jeszcze, że zdjęcia publikuje się w Czechach – „wie pani, tam łatwiej z przepisami”; że jeśli sobie zażyczę, będę w pełni anonimowa: nazwisk fotomodelek nie podpisuje się nazwiskami. Nie, nie wszystkich, oczywiście. Tych z branży. I zanim rozpoczniemy współpracę, muszę dosłać jeszcze jedno zdjęcie. Biustu. „Przecież musimy wiedzieć, czy się pani piersi nie rozjeżdżają, bo to potem na zdjęciach nieestetycznie wygląda” – tłumaczy mi zniecierpliwiony mój rozmówca. „Ostatecznie może pani być w koszulce, tylko żeby było widać kształt.” – ustępuje, i, zupełnie się nie przejmując tym, co mówię, dodaje jeszcze: „Nigdzie pani tyle nie zarobi. Na początek dostanie pani dwadzieścia tysięcy miesięcznie i dobre kosmetyki.” Poleca mi zadzwonić, jak już się zastanowię, i koniecznie dosłać zdjęcie piersi, bo inaczej nic z tego.
Ogłoszenie pojawia się jeszcze kilka razy. Później znika.
Dwadzieścia tysięcy nie chodzi piechotą.
środa, 3 czerwca 2009
Dwudziestolecie
„Pierwsze wolne wybory na Twarz Netii” – krzyczą billboardy. Plakaty pojawiają się tuż przed 4 czerwca. Ludzie od reklamy najwyraźniej uznali rocznicę za świetny chwyt. Mówi się o niej już od końca maja: w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego Lech Wałęsa spotyka się z krakowskimi studentami. „To nie Ojciec Święty obalił komunizm” – mówi – to ja”. Studenci komentują cicho: „Bolek”. Dwa tygodnie później, w dzień wyborów do Parlamentu Europejskiego, arcybiskup Kazimierz Nycz przypomina: „Nie byłoby upadku komunizmu bez Jana Pawła II”.
W krakowskim Muzeum Narodowym z okazji rocznicy pojawia się monitor, a na nim puszczany w kółko „fragment Szczepkowskiej”. Stoję obok dziesięć minut, a nieustannie powtarzająca się fraza „…skończył się w Polsce komunizm” – zaczyna męczyć jak muzyka dobiegająca z kiepskich słuchawek ubranego na czarno chłopaka, któremu obchody dwudziestolecia komunikatu Szczepkowskiej kojarzą się jedynie z miastem pełnym ochroniarzy premiera.
Kiedy ona, z loczkami i tym swoim uśmiechem patrzyła prosto w kamerę, podkreślając słowa ruchem głowy, miałam cztery lata, jak wszyscy z ostatniego rocznika, który pisał starą maturę. Z tego samego, który przez swoich historyków został wychowany w kulcie „Okrągłego Stołu”. Z tego samego, który nie zna swojej najnowszej historii. Nie zna, bo każdy jej uczestnik opowiada swój mały kawałek, a on z każdym powtórzeniem coraz bardziej się wygładza, aż zaczyna błyszczeć jak jeden z kamyków toczonych przez rzekę, które małe dzieci wyjmują z jej dna dla zabawy. Kiedy wyschnie, dalej będzie gładki, ale na wierzch wyjdą wszystkie rysy i skazy – ślady niewprawnego ociosywania.
Co wie o „pierwszych wolnych wyborach” pokolenie, o którym mówi się, że jest pokoleniem negacji, że nie ma autorytetów, że żywi się popkulturalną papką, że zapomniało, co to patriotyzm? Żyje sobie w spokojnej półświadomości historycznej, w złudnym poczuciu, że dla niczego nie musi już ryzykować. Nie szuka idei, ale dobrze płatnej pracy. Z okazji rocznicy dodaje na „Naszej-Klasie” obrazek z napisem: „4 czerwca 1989 upadła komuna. Na cztery łapy”. Nie liczy, czy wybory ’89 były wolne w całości, czy w jednej trzeciej. Wie tylko, że przyniosły czasy, w których nie wiadomo, na kogo głosować, bo zostali tylko historycznie skompromitowani kandydaci, a sama historia staje się wyborczą kartą przetargową z plasteliny, dowolnie formowaną przez różne grupy trzymające inne grupy. Za – nosy.
W krakowskim Muzeum Narodowym z okazji rocznicy pojawia się monitor, a na nim puszczany w kółko „fragment Szczepkowskiej”. Stoję obok dziesięć minut, a nieustannie powtarzająca się fraza „…skończył się w Polsce komunizm” – zaczyna męczyć jak muzyka dobiegająca z kiepskich słuchawek ubranego na czarno chłopaka, któremu obchody dwudziestolecia komunikatu Szczepkowskiej kojarzą się jedynie z miastem pełnym ochroniarzy premiera.
Kiedy ona, z loczkami i tym swoim uśmiechem patrzyła prosto w kamerę, podkreślając słowa ruchem głowy, miałam cztery lata, jak wszyscy z ostatniego rocznika, który pisał starą maturę. Z tego samego, który przez swoich historyków został wychowany w kulcie „Okrągłego Stołu”. Z tego samego, który nie zna swojej najnowszej historii. Nie zna, bo każdy jej uczestnik opowiada swój mały kawałek, a on z każdym powtórzeniem coraz bardziej się wygładza, aż zaczyna błyszczeć jak jeden z kamyków toczonych przez rzekę, które małe dzieci wyjmują z jej dna dla zabawy. Kiedy wyschnie, dalej będzie gładki, ale na wierzch wyjdą wszystkie rysy i skazy – ślady niewprawnego ociosywania.
Co wie o „pierwszych wolnych wyborach” pokolenie, o którym mówi się, że jest pokoleniem negacji, że nie ma autorytetów, że żywi się popkulturalną papką, że zapomniało, co to patriotyzm? Żyje sobie w spokojnej półświadomości historycznej, w złudnym poczuciu, że dla niczego nie musi już ryzykować. Nie szuka idei, ale dobrze płatnej pracy. Z okazji rocznicy dodaje na „Naszej-Klasie” obrazek z napisem: „4 czerwca 1989 upadła komuna. Na cztery łapy”. Nie liczy, czy wybory ’89 były wolne w całości, czy w jednej trzeciej. Wie tylko, że przyniosły czasy, w których nie wiadomo, na kogo głosować, bo zostali tylko historycznie skompromitowani kandydaci, a sama historia staje się wyborczą kartą przetargową z plasteliny, dowolnie formowaną przez różne grupy trzymające inne grupy. Za – nosy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)