Dezinformacyjny Raczej Uniwersytecki Tygodnik
Numer 0
red. naczelny: Maurycy Barański
To nie grzech. Trzeba tylko uważać na robaki.
Rozmowa z ojcem Eufrazym Liberą o moralnych aspektach jedzenia czereśni - str.11.
Powstaje nowy kompleks WC PATu!
Nowoczesny kompleks WC połączony z czytelnią i wyposażony w sprzęt audio powstaje przy ul. Gołębiej. "Miejsce zostało wybrane po długim namyśle, chodzi nam o integrowanie studentów PATu oraz UJ" - powiedział nam Xawery Indyczek, autor projektu architektonicznego. Jeszcze nie wiadomo, czy do realizacji zostanie dopuszczony kontrowersyjny pomysł umieszczenia wieszaczków na torebki na drzwiach damskich toalet. "Obawiamy się zarzutu dyskryminacji mężczyzn" - powiedział rzecznik prasowy projektu, Arkadiusz Michalski.
Zamordował promotora, a potem rzucił się z okna.
Dwa dni przed złożeniem pracy promotor powiedział mu, że powinien zmienić temat i napisać wszystko od nowa. Według relacji naocznych świadków Piotrek M., student piątego roku angelologii demograficznej zbladł, wyjął z kieszeni długopis i wbił go Zenobiuszowi N. w krtań. Potem podarł na strzępy wydruk i rzucił się z okna na dziedziniec. "Rozplasnął się w taką wielką dwójkę i nawet szlauchem nie dało się tego zmyć przed przybyciem policji" - zdradza naszemu reporterowi jeden z pracowników techniczych, Włodzimierz Olejnik, który chce pozostać anonimowy. Ciąg dalszy na str. 7.
"Neverdone" już na PAT!
Już od 1 lipca w nowym budynku PAT można będzie obejrzeć wystawę zdjęć kontrowersyjnego amerykańskiego fotografa polskiego pochodzenia. "Fotografie nigdy nie zostały zrobione, a wystawione puste ramy są symbolem inercyjności popkulturowej emowrażliwości kadrowania. Poza tym nie widać nagości" - napisał o "Neverdone" poczytny dziennik kulturalny "The Sun". Wystawa potrwa do 30 września.
"Sens bez siorbania"
Czasami wykładowcy zakładają słuchawki albo otwierają okno. Ale tak naprawdę mało kto wyrzuca za siorbanie. "Siorbię na każdym egzaminie i jestem już na czwartym roku" - mówi Adam Gruszka, student PAT. "Dawniej siorbanie było bardzo negatywnie postrzegane; teraz się to zmienia" - przyznaje Eugeniusz Grochówa, nauczyciel akademicki. Nasz raport "Czy jesteśmy bardziej liberalni 2009"
Ogłoszenia:
W dniach 32-34 czerwca odbędzie się XIII Konferencja Kreacji Filozoficznej: Między indyferentyzmem wczesnego heideggeryzmu a racjonalnym dyskursem epistemologicznym późnego Szlajermachera.
Koło Tegologiczne PAT zaprasza na dyskusję panelowo-destruktywną pt. "Czy Bonanzjusz z Fazis w swoim dziele "De" skłania się ku tryteramadawerianizmowi?"
poniedziałek, 29 czerwca 2009
czwartek, 18 czerwca 2009
Katolik nie pierze
Pytanie, jakie zostało postawione przez autora artykułu „Katolicki dziennikarzu! Odbiór!” brzmi: dlaczego nie ma katolickich dziennikarzy śledczych, piorących brudy Kościoła?
Katolickie? A jakie to?
Pierwsze skojarzenia z hasłem "media katolickie": „Radio Maryja”, „Telewizja Trwam”, „Nasz Dziennik”. Czasami jeszcze „Gość Niedzielny”, „Niedziela” i „Tygodnik Powszechny”.
Daliśmy sobie wmówić, że „katolicki” znaczy inny, oderwany od "rzeczywistego świata", zamknięty na własnym kościelnym podwórku święconym przed wizytą moralnie podejrzanego biskupa przez żądającego pieniędzy proboszcza, żeby przepędzić diabła tolerancji, postępu i lustracji. „Katolickie media” to takie, które poruszają się jedynie w obrębie spraw wiary. W inne sprawy nie powinny się mieszać; to nie ich działka. Przyklejenie im etykietki „katolickich” powinno sprawić, że uznamy je za „branżowe”: tak, jak „Elle-Decoration”, „Twój Dom”, „Murator” – nikt nie spodziewa się po tych tytułach śledczych reportaży o nadużyciach w budownictwie czy oszustwach dekoratorów wnętrz.
Kto napisze źle o biskupie
Co stoi na przeszkodzie, żeby „w lokalnych mediach katolickich jawnie wyśmiać antysemityzm proboszcza?” To samo, co nie pozwala lokalnym mediom nagłaśniać lokalnych afer politycznych i gospodarczych. Temat nie zostanie podjęty – lub zostanie skutecznie wyciszony – bo wszyscy są jakoś uwikłani w sprawę. Na jednej z konferencji dotyczących dziennikarstwa śledczego wstała pewna dziennikarka prasy lokalnej i opowiedziała długą historię starań ujawnienia poważnych nieprawidłowości w lokalnym samorządzie. Liczne i bezskuteczne próby nagłośnienia afery i zainteresowania nią „dużych mediów” o zasięgu ogólnopolskim zakończyły się zamknięciem gazety przez jednego z bohaterów afery, znającego, kogo trzeba było.
(Do)wolność słowa
Wolność słowa pozwala mówić o tym, o czym chcemy: ale nie nakazuje mówić. Wolność słowa nie gwarantuje, że na jaw wyjdą wszystkie kłamstwa sfery publicznej; raczej zachęca do żonglowania informacjami o tych kłamstwach. Zawartość naszego śniadaniowego muesli informacyjnego zależy od tego, która grupa czyjego interesu przeszła właśnie kurs żonglerki - albo tresury medialnego niedźwiedzia. Nasze przekonanie – albo przekonanie nas – że „media katolickie” powinny być głupiutkie, siermiężne, ubogie w treść, ciche, pokorne i w niczym nie mające żadnego interesu sprawia, że jesteśmy zirytowani i zdezorientowani, kiedy odkrywamy, że „katolickie” działają tak, jak wszystkie inne.
Afery na zamówienie
Czy „katoliccy” dziennikarze śledczy powinni specjalizować się w tropieniu afer w kurii, „wymiataniu spod dywanu”, pisaniu o alkoholizmie proboszczów i licznych dzieciach wikariuszy? Czy może raczej powinni zająć się preparowaniem i wywlekaniem brudów Urbana? Żądamy przecież, żeby media, które opatrzyliśmy etykietką „katolickie”, przestały serwować nam dobre, nudne i schematyczne wiadomości, a zamiast tego stały się kolejną areną walki. Walki o prawdę, rzecz jasna. My wiemy, co się dzieje. Na Kościele znamy się wszyscy, i to bardzo dobrze. Kościół to hierarchiczna struktura księży załatwiających własne interesy za pieniądze głupców, którzy jeszcze dają na tacę. Wierzący, niewierzący, niewierzący praktykujący, narzekający, zwalczający - kogo nie zapytać, od razu wymieni długą listę kościelnych brudów skutecznie zamiecionych pod dywan przez proboszcza, biskupa, przeora. Chcemy, żeby media powiedziały nam wprost, że mamy rację. Chcemy zobaczyć w ukrytej kamerze, jak proboszcz mizdrzy się do ministrantów. Chcemy posłuchać nagrania, jak biskup klnie w swojej kancelarii, a zakonnica – sekretarka proponuje mu seks za premię, bo chce kupić nowy, jedwabny habit. Nie chcemy myśleć o tym, że na miano afery w Kościele zasługuje historia naszej sąsiadki, która próbuje coraz głębszym dekoltem i płaczem w kancelarii parafialnej uwieść kolejnego wikarego. Nie zastanawiamy się, czy wynoszenie z placu budowy nowej plebanii wszystkiego, czego proboszcz nie przywiązał do łańcucha z dobermanem na drugim końcu, nie kwalifikują się do miana lokalnej afery kryminalnej. Albo, że propozycje załatwienia lepszego samochodu, rekolekcji na Lazurowym Wybrzeżu albo naprawy cieknącego dachu parafialnego kościoła w zamian za szybki, cichy i przeprowadzony bez zbędnych formalności ślub córki jednego z lokalnych potentatów to afera korupcyjna w Kościele. Chcemy na obiad krwistego steku przyrządzonego według naszego przepisu, który utwierdzi nas w przekonaniach podanych nam w medialnym muesli przy śniadaniu. Żądamy tego od dziennikarzy zatrudnionych w „mediach katolickich”. Tych, którzy wolą opisywać parafialne pielgrzymki, „wykorzystując Jana Pawła II jako dostarczyciela lidów”. Tych, którzy boją się wywołać publiczną dyskusję o chorym sektorze, wiedząc, nie doprowadzi do konstruktywnych zmian, ale narobi jeszcze więcej szkody, stając się korytem, przy którym napasą się do syta cudze interesy.
Katolickie? A jakie to?
Pierwsze skojarzenia z hasłem "media katolickie": „Radio Maryja”, „Telewizja Trwam”, „Nasz Dziennik”. Czasami jeszcze „Gość Niedzielny”, „Niedziela” i „Tygodnik Powszechny”.
Daliśmy sobie wmówić, że „katolicki” znaczy inny, oderwany od "rzeczywistego świata", zamknięty na własnym kościelnym podwórku święconym przed wizytą moralnie podejrzanego biskupa przez żądającego pieniędzy proboszcza, żeby przepędzić diabła tolerancji, postępu i lustracji. „Katolickie media” to takie, które poruszają się jedynie w obrębie spraw wiary. W inne sprawy nie powinny się mieszać; to nie ich działka. Przyklejenie im etykietki „katolickich” powinno sprawić, że uznamy je za „branżowe”: tak, jak „Elle-Decoration”, „Twój Dom”, „Murator” – nikt nie spodziewa się po tych tytułach śledczych reportaży o nadużyciach w budownictwie czy oszustwach dekoratorów wnętrz.
Kto napisze źle o biskupie
Co stoi na przeszkodzie, żeby „w lokalnych mediach katolickich jawnie wyśmiać antysemityzm proboszcza?” To samo, co nie pozwala lokalnym mediom nagłaśniać lokalnych afer politycznych i gospodarczych. Temat nie zostanie podjęty – lub zostanie skutecznie wyciszony – bo wszyscy są jakoś uwikłani w sprawę. Na jednej z konferencji dotyczących dziennikarstwa śledczego wstała pewna dziennikarka prasy lokalnej i opowiedziała długą historię starań ujawnienia poważnych nieprawidłowości w lokalnym samorządzie. Liczne i bezskuteczne próby nagłośnienia afery i zainteresowania nią „dużych mediów” o zasięgu ogólnopolskim zakończyły się zamknięciem gazety przez jednego z bohaterów afery, znającego, kogo trzeba było.
(Do)wolność słowa
Wolność słowa pozwala mówić o tym, o czym chcemy: ale nie nakazuje mówić. Wolność słowa nie gwarantuje, że na jaw wyjdą wszystkie kłamstwa sfery publicznej; raczej zachęca do żonglowania informacjami o tych kłamstwach. Zawartość naszego śniadaniowego muesli informacyjnego zależy od tego, która grupa czyjego interesu przeszła właśnie kurs żonglerki - albo tresury medialnego niedźwiedzia. Nasze przekonanie – albo przekonanie nas – że „media katolickie” powinny być głupiutkie, siermiężne, ubogie w treść, ciche, pokorne i w niczym nie mające żadnego interesu sprawia, że jesteśmy zirytowani i zdezorientowani, kiedy odkrywamy, że „katolickie” działają tak, jak wszystkie inne.
Afery na zamówienie
Czy „katoliccy” dziennikarze śledczy powinni specjalizować się w tropieniu afer w kurii, „wymiataniu spod dywanu”, pisaniu o alkoholizmie proboszczów i licznych dzieciach wikariuszy? Czy może raczej powinni zająć się preparowaniem i wywlekaniem brudów Urbana? Żądamy przecież, żeby media, które opatrzyliśmy etykietką „katolickie”, przestały serwować nam dobre, nudne i schematyczne wiadomości, a zamiast tego stały się kolejną areną walki. Walki o prawdę, rzecz jasna. My wiemy, co się dzieje. Na Kościele znamy się wszyscy, i to bardzo dobrze. Kościół to hierarchiczna struktura księży załatwiających własne interesy za pieniądze głupców, którzy jeszcze dają na tacę. Wierzący, niewierzący, niewierzący praktykujący, narzekający, zwalczający - kogo nie zapytać, od razu wymieni długą listę kościelnych brudów skutecznie zamiecionych pod dywan przez proboszcza, biskupa, przeora. Chcemy, żeby media powiedziały nam wprost, że mamy rację. Chcemy zobaczyć w ukrytej kamerze, jak proboszcz mizdrzy się do ministrantów. Chcemy posłuchać nagrania, jak biskup klnie w swojej kancelarii, a zakonnica – sekretarka proponuje mu seks za premię, bo chce kupić nowy, jedwabny habit. Nie chcemy myśleć o tym, że na miano afery w Kościele zasługuje historia naszej sąsiadki, która próbuje coraz głębszym dekoltem i płaczem w kancelarii parafialnej uwieść kolejnego wikarego. Nie zastanawiamy się, czy wynoszenie z placu budowy nowej plebanii wszystkiego, czego proboszcz nie przywiązał do łańcucha z dobermanem na drugim końcu, nie kwalifikują się do miana lokalnej afery kryminalnej. Albo, że propozycje załatwienia lepszego samochodu, rekolekcji na Lazurowym Wybrzeżu albo naprawy cieknącego dachu parafialnego kościoła w zamian za szybki, cichy i przeprowadzony bez zbędnych formalności ślub córki jednego z lokalnych potentatów to afera korupcyjna w Kościele. Chcemy na obiad krwistego steku przyrządzonego według naszego przepisu, który utwierdzi nas w przekonaniach podanych nam w medialnym muesli przy śniadaniu. Żądamy tego od dziennikarzy zatrudnionych w „mediach katolickich”. Tych, którzy wolą opisywać parafialne pielgrzymki, „wykorzystując Jana Pawła II jako dostarczyciela lidów”. Tych, którzy boją się wywołać publiczną dyskusję o chorym sektorze, wiedząc, nie doprowadzi do konstruktywnych zmian, ale narobi jeszcze więcej szkody, stając się korytem, przy którym napasą się do syta cudze interesy.
niedziela, 7 czerwca 2009
Branża
„Branża jest naprawdę otwarta. Rzecz jasna, nie dla wszystkich. Ale jak jest pani ładna, zgrabna, nie ma przeciwwskazań.”
Do branży łatwo wejść. Wystarczy odpowiedzieć na ogłoszenie zamieszczone w którymś z serwisów, w zakładce „praca”. Trzeba, oczywiście, znaleźć to odpowiednie. Nie różni się niczym od setki pozostałych; agencja fotograficzna ogłasza nowy nabór kandydatek na modelki. „To będzie twoja wielka przygoda.” Rekrutacja przebiega zwyczajnie: wysyłasz swoje dane – wiek, wymiary, dwa zdjęcia: twarz i sylwetkę. I czekasz.
„Wielka przygoda” zaczyna się od telefonu. Po drugiej stronie – niski męski głos. Niewyraźnie wymienia swoje nazwisko i równie niewyraźnie je powtarza. Upewnia się, że to ja wysyłałam zdjęcia. Spodobałam się, chcieliby ze mną współpracować. Praca oczywiście jest wyczerpująca, sesje trwają czasem do dwunastu godzin, ale firma zatrudnia tylko profesjonalistów, jest miła atmosfera. Mam małe doświadczenie – to świetna okazja, żeby wzbogacić swoje portfolio. I nie tylko portfolio. „Mogę pani zdradzić, że nasze najlepsze modelki zarabiają kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie” – dodaje mężczyzna, zniżając głos. Kojarzy się z pomrukiem niedźwiedzia.
Dowiaduję się jeszcze, że zdjęcia publikuje się w Czechach – „wie pani, tam łatwiej z przepisami”; że jeśli sobie zażyczę, będę w pełni anonimowa: nazwisk fotomodelek nie podpisuje się nazwiskami. Nie, nie wszystkich, oczywiście. Tych z branży. I zanim rozpoczniemy współpracę, muszę dosłać jeszcze jedno zdjęcie. Biustu. „Przecież musimy wiedzieć, czy się pani piersi nie rozjeżdżają, bo to potem na zdjęciach nieestetycznie wygląda” – tłumaczy mi zniecierpliwiony mój rozmówca. „Ostatecznie może pani być w koszulce, tylko żeby było widać kształt.” – ustępuje, i, zupełnie się nie przejmując tym, co mówię, dodaje jeszcze: „Nigdzie pani tyle nie zarobi. Na początek dostanie pani dwadzieścia tysięcy miesięcznie i dobre kosmetyki.” Poleca mi zadzwonić, jak już się zastanowię, i koniecznie dosłać zdjęcie piersi, bo inaczej nic z tego.
Ogłoszenie pojawia się jeszcze kilka razy. Później znika.
Dwadzieścia tysięcy nie chodzi piechotą.
Do branży łatwo wejść. Wystarczy odpowiedzieć na ogłoszenie zamieszczone w którymś z serwisów, w zakładce „praca”. Trzeba, oczywiście, znaleźć to odpowiednie. Nie różni się niczym od setki pozostałych; agencja fotograficzna ogłasza nowy nabór kandydatek na modelki. „To będzie twoja wielka przygoda.” Rekrutacja przebiega zwyczajnie: wysyłasz swoje dane – wiek, wymiary, dwa zdjęcia: twarz i sylwetkę. I czekasz.
„Wielka przygoda” zaczyna się od telefonu. Po drugiej stronie – niski męski głos. Niewyraźnie wymienia swoje nazwisko i równie niewyraźnie je powtarza. Upewnia się, że to ja wysyłałam zdjęcia. Spodobałam się, chcieliby ze mną współpracować. Praca oczywiście jest wyczerpująca, sesje trwają czasem do dwunastu godzin, ale firma zatrudnia tylko profesjonalistów, jest miła atmosfera. Mam małe doświadczenie – to świetna okazja, żeby wzbogacić swoje portfolio. I nie tylko portfolio. „Mogę pani zdradzić, że nasze najlepsze modelki zarabiają kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie” – dodaje mężczyzna, zniżając głos. Kojarzy się z pomrukiem niedźwiedzia.
Dowiaduję się jeszcze, że zdjęcia publikuje się w Czechach – „wie pani, tam łatwiej z przepisami”; że jeśli sobie zażyczę, będę w pełni anonimowa: nazwisk fotomodelek nie podpisuje się nazwiskami. Nie, nie wszystkich, oczywiście. Tych z branży. I zanim rozpoczniemy współpracę, muszę dosłać jeszcze jedno zdjęcie. Biustu. „Przecież musimy wiedzieć, czy się pani piersi nie rozjeżdżają, bo to potem na zdjęciach nieestetycznie wygląda” – tłumaczy mi zniecierpliwiony mój rozmówca. „Ostatecznie może pani być w koszulce, tylko żeby było widać kształt.” – ustępuje, i, zupełnie się nie przejmując tym, co mówię, dodaje jeszcze: „Nigdzie pani tyle nie zarobi. Na początek dostanie pani dwadzieścia tysięcy miesięcznie i dobre kosmetyki.” Poleca mi zadzwonić, jak już się zastanowię, i koniecznie dosłać zdjęcie piersi, bo inaczej nic z tego.
Ogłoszenie pojawia się jeszcze kilka razy. Później znika.
Dwadzieścia tysięcy nie chodzi piechotą.
środa, 3 czerwca 2009
Dwudziestolecie
„Pierwsze wolne wybory na Twarz Netii” – krzyczą billboardy. Plakaty pojawiają się tuż przed 4 czerwca. Ludzie od reklamy najwyraźniej uznali rocznicę za świetny chwyt. Mówi się o niej już od końca maja: w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego Lech Wałęsa spotyka się z krakowskimi studentami. „To nie Ojciec Święty obalił komunizm” – mówi – to ja”. Studenci komentują cicho: „Bolek”. Dwa tygodnie później, w dzień wyborów do Parlamentu Europejskiego, arcybiskup Kazimierz Nycz przypomina: „Nie byłoby upadku komunizmu bez Jana Pawła II”.
W krakowskim Muzeum Narodowym z okazji rocznicy pojawia się monitor, a na nim puszczany w kółko „fragment Szczepkowskiej”. Stoję obok dziesięć minut, a nieustannie powtarzająca się fraza „…skończył się w Polsce komunizm” – zaczyna męczyć jak muzyka dobiegająca z kiepskich słuchawek ubranego na czarno chłopaka, któremu obchody dwudziestolecia komunikatu Szczepkowskiej kojarzą się jedynie z miastem pełnym ochroniarzy premiera.
Kiedy ona, z loczkami i tym swoim uśmiechem patrzyła prosto w kamerę, podkreślając słowa ruchem głowy, miałam cztery lata, jak wszyscy z ostatniego rocznika, który pisał starą maturę. Z tego samego, który przez swoich historyków został wychowany w kulcie „Okrągłego Stołu”. Z tego samego, który nie zna swojej najnowszej historii. Nie zna, bo każdy jej uczestnik opowiada swój mały kawałek, a on z każdym powtórzeniem coraz bardziej się wygładza, aż zaczyna błyszczeć jak jeden z kamyków toczonych przez rzekę, które małe dzieci wyjmują z jej dna dla zabawy. Kiedy wyschnie, dalej będzie gładki, ale na wierzch wyjdą wszystkie rysy i skazy – ślady niewprawnego ociosywania.
Co wie o „pierwszych wolnych wyborach” pokolenie, o którym mówi się, że jest pokoleniem negacji, że nie ma autorytetów, że żywi się popkulturalną papką, że zapomniało, co to patriotyzm? Żyje sobie w spokojnej półświadomości historycznej, w złudnym poczuciu, że dla niczego nie musi już ryzykować. Nie szuka idei, ale dobrze płatnej pracy. Z okazji rocznicy dodaje na „Naszej-Klasie” obrazek z napisem: „4 czerwca 1989 upadła komuna. Na cztery łapy”. Nie liczy, czy wybory ’89 były wolne w całości, czy w jednej trzeciej. Wie tylko, że przyniosły czasy, w których nie wiadomo, na kogo głosować, bo zostali tylko historycznie skompromitowani kandydaci, a sama historia staje się wyborczą kartą przetargową z plasteliny, dowolnie formowaną przez różne grupy trzymające inne grupy. Za – nosy.
W krakowskim Muzeum Narodowym z okazji rocznicy pojawia się monitor, a na nim puszczany w kółko „fragment Szczepkowskiej”. Stoję obok dziesięć minut, a nieustannie powtarzająca się fraza „…skończył się w Polsce komunizm” – zaczyna męczyć jak muzyka dobiegająca z kiepskich słuchawek ubranego na czarno chłopaka, któremu obchody dwudziestolecia komunikatu Szczepkowskiej kojarzą się jedynie z miastem pełnym ochroniarzy premiera.
Kiedy ona, z loczkami i tym swoim uśmiechem patrzyła prosto w kamerę, podkreślając słowa ruchem głowy, miałam cztery lata, jak wszyscy z ostatniego rocznika, który pisał starą maturę. Z tego samego, który przez swoich historyków został wychowany w kulcie „Okrągłego Stołu”. Z tego samego, który nie zna swojej najnowszej historii. Nie zna, bo każdy jej uczestnik opowiada swój mały kawałek, a on z każdym powtórzeniem coraz bardziej się wygładza, aż zaczyna błyszczeć jak jeden z kamyków toczonych przez rzekę, które małe dzieci wyjmują z jej dna dla zabawy. Kiedy wyschnie, dalej będzie gładki, ale na wierzch wyjdą wszystkie rysy i skazy – ślady niewprawnego ociosywania.
Co wie o „pierwszych wolnych wyborach” pokolenie, o którym mówi się, że jest pokoleniem negacji, że nie ma autorytetów, że żywi się popkulturalną papką, że zapomniało, co to patriotyzm? Żyje sobie w spokojnej półświadomości historycznej, w złudnym poczuciu, że dla niczego nie musi już ryzykować. Nie szuka idei, ale dobrze płatnej pracy. Z okazji rocznicy dodaje na „Naszej-Klasie” obrazek z napisem: „4 czerwca 1989 upadła komuna. Na cztery łapy”. Nie liczy, czy wybory ’89 były wolne w całości, czy w jednej trzeciej. Wie tylko, że przyniosły czasy, w których nie wiadomo, na kogo głosować, bo zostali tylko historycznie skompromitowani kandydaci, a sama historia staje się wyborczą kartą przetargową z plasteliny, dowolnie formowaną przez różne grupy trzymające inne grupy. Za – nosy.
sobota, 30 maja 2009
Kdp! Czyli kibice do pióra
Rudy bandyta z pierwszego popatrzył na mnie ponuro, kiedy przechodziłam koło niego, spiesząc się na tramwaj. On nigdzie się nie spieszył, ćmił swojego paskudnego papierocha, stojąc, jak zwykle, dokładnie w wyjściu z bloku. Taki był przygaszony, że zwrócił moją uwagę. Sądząc po okolicznych malowidłach ściennych, jego drużyna przewaliła wczoraj mecz.
Te napisy, swoją drogą, wskazują na coraz wyższy poziom chłopaków uważających za sprawę honoru - albo, jak kto woli – akt heroizmu bieganie ze sprayem po takim na przykład Dąbiu. Więc mamy dowcipne „Cracovia prawie pany. Prawie robi wielką różnicę” albo lapidarne „Wisła Zwisła”. Graficzne efekty językowej zabawy w barwach zwycięzców Mundialu z 1998r. („Wiślicka-Wiślacka”) podziwiają mieszkańcy przynajmniej pięciu nowohuckich osiedli. Nawet upadek autorytetów, o którym od dawna już głośno, nie dotyka miłośników pięcioboju futbalistycznego. "Cracovia pany - jak powiedział Ojciec Święty" – czytamy, wychylając się w odpowiednim momencie z okna odpowiedniego pociągu.
Ten skok intelektualny nie dotyczy oczywiście "tych wstrętnych łysych, co to nic, tylko ćpają i potem pety mi rzucają na wycieraczkę" - jak określiła zaangażowanych w kampanię społeczną "Tylko głupi nie bierze" miłośników stadionowego kara-dwa-razy-do-roke pewna starsza pani. Oni mają na głowie interes. Tłumaczy to ową godną podziwu dbałość o branżową fryzurę oraz pokerową twarz. Skokiem intelektualnym zajmują się pomiędzy chwilami brutalnej trzeźwości sprayowi emeryci, którzy tyle już w życiu zebrali (oraz rozdali) doświadczenia, że mogą w spokoju zapisywać pożyczone od barmana karteluszki poezją.
Te napisy, swoją drogą, wskazują na coraz wyższy poziom chłopaków uważających za sprawę honoru - albo, jak kto woli – akt heroizmu bieganie ze sprayem po takim na przykład Dąbiu. Więc mamy dowcipne „Cracovia prawie pany. Prawie robi wielką różnicę” albo lapidarne „Wisła Zwisła”. Graficzne efekty językowej zabawy w barwach zwycięzców Mundialu z 1998r. („Wiślicka-Wiślacka”) podziwiają mieszkańcy przynajmniej pięciu nowohuckich osiedli. Nawet upadek autorytetów, o którym od dawna już głośno, nie dotyka miłośników pięcioboju futbalistycznego. "Cracovia pany - jak powiedział Ojciec Święty" – czytamy, wychylając się w odpowiednim momencie z okna odpowiedniego pociągu.
Ten skok intelektualny nie dotyczy oczywiście "tych wstrętnych łysych, co to nic, tylko ćpają i potem pety mi rzucają na wycieraczkę" - jak określiła zaangażowanych w kampanię społeczną "Tylko głupi nie bierze" miłośników stadionowego kara-dwa-razy-do-roke pewna starsza pani. Oni mają na głowie interes. Tłumaczy to ową godną podziwu dbałość o branżową fryzurę oraz pokerową twarz. Skokiem intelektualnym zajmują się pomiędzy chwilami brutalnej trzeźwości sprayowi emeryci, którzy tyle już w życiu zebrali (oraz rozdali) doświadczenia, że mogą w spokoju zapisywać pożyczone od barmana karteluszki poezją.
piątek, 17 kwietnia 2009
Instytut Problemów Narodowych
Najczęściej kojarzony z lustracją, teczkami i politycznymi rozgrywkami. Powstał w 1999r. Mimo dziesięciu lat działania niewielu Polaków wie, czym naprawdę zajmuje się Instytut Pamięci Narodowej.
Medialna lekcja
Wszyscy wiedzą z telewizji, że IPN zajmuje się historią. Zdania są jednak podzielone w kwestii sposobu tego zajmowania się: nie do końca wiadomo, czy to jej „odkłamywanie” – czy „zakłamywanie”.
Tytuły prasowe mówią same za siebie.
„Wyborcza” pośród kilku ostatnich artykułów o IPN zamieściła zatytułowane: „IPN-owi szkodzi atakowanie Wałęsy” czy „Janusz Kurtyka kontratakuje teczką «Alka»”. Medialny przeciwnik „Wyborczej” – „Dziennik” tytułował teksty: „Kwaśniewski: nie byłem «Alkiem» IPN: byłeś”, „Żaryn: Wałęsa był współpracownikiem SB”.
Bardziej wyważone tytuły stosuje „Rzeczpospolita” („Kto chce zamknąć archiwa IPN”, „Jak Wałęsa dostał status pokrzywdzonego”); skrajne stanowiska zajmują: „NIE” („Instytutki”, „150 km pamięci narodowej”), „Polityka” („Zostało z SB”, „Narodowa czytelnia teczek”) czy „Gazeta Polska” („IPN nie zbierał haków”, „Atak na historyków IPN”).
Tytuły te nie dziwią opinii publicznej, która z zasady rzadko dziwi się czemuś z własnej inicjatywy. Nie dziwią też tych, którzy przyglądają się polskiej prasie uważniej – są potwierdzeniem obowiązujących linii programowych i doskonale oddają sympatie i antypatie związane z instytucją zajmującą się najnowszą historią i wyposażoną w uprawnienia śledcze.
Plusy (prawie) równe minusom
Sondaż dla programu „Forum”, wykonany przez TNS OBOP w kwietniu 2009r. pokazał, że 43% badanych negatywnie ocenia pracę IPN w roli lustratora twórców III RP. Pozytywnie o działalności wypowiedziało się 42%. Prawie równocześnie badania przeprowadziła Gfk Polonia: według nich 50% Polaków uważa, że IPN dobrze spełnia swoje zadania; przeciwnego zdania jest 41%.
Nie porównywano ocen z przynależnością polityczną.
IPN sam o sobie
„Do zadań Instytutu należy gromadzenie i zarządzanie dokumentami organów bezpieczeństwa państwa, sporządzonymi od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990 r., prowadzenie śledztw w sprawie zbrodni nazistowskich i komunistycznych oraz prowadzenie działalności edukacyjnej.” – czytamy na stronie internetowej IPN.
Obserwacje
O istnieniu IPN słyszał każdy dorosły Polak przy okazji lustracji księży, ekshumacji gen. Sikorskiego, a teraz - medialnej burzy wokół książki Pawła Zyzaka, kiedy IPN został wywołany do tablicy w związku z cudzą publikacją. Jednak niewiele osób orientuje się w działalności Biura Edukacji Publicznej Instytutu.
Tylko w kwietniu tego roku IPN organizuje na terenie całej Polski sześćdziesiąt cztery wystawy, dwadzieścia pięć warsztatów dla uczniów i nauczycieli, sto dziesięć różnego rodzaju spotkań, wykładów, prelekcji i lekcji.
Kontrowersje
Działalności Instytutu nieodłącznie towarzyszą kontrowersje. Nieodłącznie, ponieważ jednego elementu nie da się wyeliminować: jest nim człowiek, wyrastający w konkretnym środowisku, osadzony w historycznych realiach, dążący do swoich celów mniej lub bardziej uczciwie, sympatyzujący z określoną partią, opcją, organizacją, grupą interesu. Dlatego IPN przypomina naukowca, który wywołuje w laboratorium burzę z piorunami i w ten sposób uzupełnia okaleczony program edukacyjny. Do przyrodniczego zjawiska podejść obiektywnie i bez emocji jest łatwo: do historii najnowszej – trudno. Wciąż jeszcze żyją jej świadkowie, trudno przedstawić jedną wersję bolesnych dziejów powojennych i socjalistycznych.
Krytykując sposób ujawniania historii zawartej w aktach (casus Przewoźnika, Wielgusa, Kuronia, ostatnio Wałęsy) oskarża się IPN o wydawanie wyroków na podstawie dokumentów SB, które z zasady nie są obiektywne. Mówi się też o ryzyku związanym z bazowaniem na pamięci świadków: pamięć ludzka jest ulotna, a to, czego nie znajduje w swoich magazynach, potrafi podświadomie uzupełnić pod wpływem usłyszanych i przeczytanych słów. Nie zawsze prawdziwych.
[Publikowane w interia360.pl]
Medialna lekcja
Wszyscy wiedzą z telewizji, że IPN zajmuje się historią. Zdania są jednak podzielone w kwestii sposobu tego zajmowania się: nie do końca wiadomo, czy to jej „odkłamywanie” – czy „zakłamywanie”.
Tytuły prasowe mówią same za siebie.
„Wyborcza” pośród kilku ostatnich artykułów o IPN zamieściła zatytułowane: „IPN-owi szkodzi atakowanie Wałęsy” czy „Janusz Kurtyka kontratakuje teczką «Alka»”. Medialny przeciwnik „Wyborczej” – „Dziennik” tytułował teksty: „Kwaśniewski: nie byłem «Alkiem» IPN: byłeś”, „Żaryn: Wałęsa był współpracownikiem SB”.
Bardziej wyważone tytuły stosuje „Rzeczpospolita” („Kto chce zamknąć archiwa IPN”, „Jak Wałęsa dostał status pokrzywdzonego”); skrajne stanowiska zajmują: „NIE” („Instytutki”, „150 km pamięci narodowej”), „Polityka” („Zostało z SB”, „Narodowa czytelnia teczek”) czy „Gazeta Polska” („IPN nie zbierał haków”, „Atak na historyków IPN”).
Tytuły te nie dziwią opinii publicznej, która z zasady rzadko dziwi się czemuś z własnej inicjatywy. Nie dziwią też tych, którzy przyglądają się polskiej prasie uważniej – są potwierdzeniem obowiązujących linii programowych i doskonale oddają sympatie i antypatie związane z instytucją zajmującą się najnowszą historią i wyposażoną w uprawnienia śledcze.
Plusy (prawie) równe minusom
Sondaż dla programu „Forum”, wykonany przez TNS OBOP w kwietniu 2009r. pokazał, że 43% badanych negatywnie ocenia pracę IPN w roli lustratora twórców III RP. Pozytywnie o działalności wypowiedziało się 42%. Prawie równocześnie badania przeprowadziła Gfk Polonia: według nich 50% Polaków uważa, że IPN dobrze spełnia swoje zadania; przeciwnego zdania jest 41%.
Nie porównywano ocen z przynależnością polityczną.
IPN sam o sobie
„Do zadań Instytutu należy gromadzenie i zarządzanie dokumentami organów bezpieczeństwa państwa, sporządzonymi od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990 r., prowadzenie śledztw w sprawie zbrodni nazistowskich i komunistycznych oraz prowadzenie działalności edukacyjnej.” – czytamy na stronie internetowej IPN.
Obserwacje
O istnieniu IPN słyszał każdy dorosły Polak przy okazji lustracji księży, ekshumacji gen. Sikorskiego, a teraz - medialnej burzy wokół książki Pawła Zyzaka, kiedy IPN został wywołany do tablicy w związku z cudzą publikacją. Jednak niewiele osób orientuje się w działalności Biura Edukacji Publicznej Instytutu.
Tylko w kwietniu tego roku IPN organizuje na terenie całej Polski sześćdziesiąt cztery wystawy, dwadzieścia pięć warsztatów dla uczniów i nauczycieli, sto dziesięć różnego rodzaju spotkań, wykładów, prelekcji i lekcji.
Kontrowersje
Działalności Instytutu nieodłącznie towarzyszą kontrowersje. Nieodłącznie, ponieważ jednego elementu nie da się wyeliminować: jest nim człowiek, wyrastający w konkretnym środowisku, osadzony w historycznych realiach, dążący do swoich celów mniej lub bardziej uczciwie, sympatyzujący z określoną partią, opcją, organizacją, grupą interesu. Dlatego IPN przypomina naukowca, który wywołuje w laboratorium burzę z piorunami i w ten sposób uzupełnia okaleczony program edukacyjny. Do przyrodniczego zjawiska podejść obiektywnie i bez emocji jest łatwo: do historii najnowszej – trudno. Wciąż jeszcze żyją jej świadkowie, trudno przedstawić jedną wersję bolesnych dziejów powojennych i socjalistycznych.
Krytykując sposób ujawniania historii zawartej w aktach (casus Przewoźnika, Wielgusa, Kuronia, ostatnio Wałęsy) oskarża się IPN o wydawanie wyroków na podstawie dokumentów SB, które z zasady nie są obiektywne. Mówi się też o ryzyku związanym z bazowaniem na pamięci świadków: pamięć ludzka jest ulotna, a to, czego nie znajduje w swoich magazynach, potrafi podświadomie uzupełnić pod wpływem usłyszanych i przeczytanych słów. Nie zawsze prawdziwych.
[Publikowane w interia360.pl]
czwartek, 26 marca 2009
Chrześcijanie o pieniądzach
Kościołowi nie wypada mówić o pieniądzach – takie stanowisko prezentuje większość zabierających głos w publicznej dyskusji. Stawienie sprawy w ten sposób zniechęca chrześcijan do świadomego zajmowania się własnym budżetem. Skutki takiego postępowania są opłakane.
W 2000r. w Stanach Zjednoczonych Howard Dayton i Larry Burket założyli organizację o nazwie Crown Financial Ministries. To chrześcijańska inicjatywa, której celem jest pomoc w organizowaniu własnych finansów. Podstawą jest nauczanie Pisma świętego - o pieniądzach.
Skąd się biorą długi
Dayton i Burket poddali analizie zależności finansowe amerykańskich rodzin; przede wszystkim istotę oraz przyczyny zadłużania się. Wśród najczęstszych powodów znajduje się niewiedza, czyli brak umiejętności zarządzania pieniędzmi wynikający z krótkofalowego myślenia: „Jeśli czegoś chcę, muszę to mieć natychmiast”. Kolejną przyczyną jest niefrasobliwość, która stawia pod znakiem zapytania robienie oszczędności, by zrealizować konkretny zakup. Ostatni wymieniony powód to złe planowanie i brak kontroli nad wydatkami – konsekwencje braku prowadzenia pisemnego zestawienia wydatków i dochodów.
Do powstania długów prowadzą, według autorów programu, trzy wydatki: zakup mieszkania, samochodu oraz „spodziewane katastrofy”. Dayton ustalił, że udział wydatków na dom w budżecie nie powinien wynosić więcej niż 38%; w innym przypadku prowadzi do kłopotów finansowych.
Jeśli pary nie stać na mieszkanie, najczęściej w ramach kompromisu kupuje samochód. Nieprzemyślana decyzja i brak uwzględniania kosztów związanych z użytkowaniem samochodu prowadzą do zadłużenia większego, niż wynosi cena rynkowa samochodu po roku eksploatowania.
Trzecim wydatkiem prowadzącym do powstania długów są „spodziewane katastrofy” – czyli niespodziewane naprawy domu, wypadki czy kłopoty zdrowotne domowników - przez większość rodzin ignorowane do czasu ich wystąpienia.
Jak się ich pozbyć
Sposobem na uniknięcie długów jest sporządzenie i realizowanie budżetu domowego. Pisemny plan przychodów i wydatków pozwala racjonalnie rozplanować finansowe działania w kolejnych miesiącach.
„Nikt, kto ma zobowiązania finansowe nie jest wolny duchowo” – piszą autorzy na stronie internetowej projektu. Dayton podaje tam również opracowany przez siebie program dziesięciu kroków pozwalających wyjść z długów. Punkt pierwszy brzmi: „Módl się. Poproś Pana o wskazówki prowadzące do dnia bez długów.” Punkt ostatni: „Nie poddawaj się! Wyjście z długów to ciężka praca, ale wolność od zobowiązań jest warta tej walki.”
Dzieci i finanse
Innym ciekawym aspektem programu edukacji finansowej jest wychowywanie dzieci do umiejętności zarządzania własnymi pieniędzmi i rozsądnego planowania wydatków wraz z ponoszeniem konsekwencji swoich działań. Jednym z pierwszych „ćwiczeń” jest wręczenie dziecku potrójnej skarbonki: jedna część jest przeznaczona na wydatki, druga na oszczędności, trzecia – na jałmużnę. O jałmużnie autorzy strony mówią tak: „Wytłumacz dziecku, że dawanie związane jest z otrzymywaniem Bożego błogosławieństwa i wyraża nasze poddanie się Bożej woli. Postaraj się pokazać mu jak wykorzystywane są pieniądze, które oddajecie jako jałmużnę kościołowi. Warto, by dziecko miało okazję porozmawiać z osobami, które dostały wsparcie. Nawet jeśli nie będzie to łatwe, ta rozmowa może wywrzeć wpływ na całe jego późniejsze życie.”
Crown w Polsce
W 2008 r. Edukacja Finansowa Crown zaczęła funkcjonować w Polsce. Prawne możliwości działania organizacji stworzyła umowa o współpracy podpisana przez Ruch Nowego Życia oraz Crown Financial Ministries. Program zakłada współpracę ze wszystkimi, którzy chcą poznać, stosować i nauczać Bożych zasad zarządzania finansami.
W 2000r. w Stanach Zjednoczonych Howard Dayton i Larry Burket założyli organizację o nazwie Crown Financial Ministries. To chrześcijańska inicjatywa, której celem jest pomoc w organizowaniu własnych finansów. Podstawą jest nauczanie Pisma świętego - o pieniądzach.
Skąd się biorą długi
Dayton i Burket poddali analizie zależności finansowe amerykańskich rodzin; przede wszystkim istotę oraz przyczyny zadłużania się. Wśród najczęstszych powodów znajduje się niewiedza, czyli brak umiejętności zarządzania pieniędzmi wynikający z krótkofalowego myślenia: „Jeśli czegoś chcę, muszę to mieć natychmiast”. Kolejną przyczyną jest niefrasobliwość, która stawia pod znakiem zapytania robienie oszczędności, by zrealizować konkretny zakup. Ostatni wymieniony powód to złe planowanie i brak kontroli nad wydatkami – konsekwencje braku prowadzenia pisemnego zestawienia wydatków i dochodów.
Do powstania długów prowadzą, według autorów programu, trzy wydatki: zakup mieszkania, samochodu oraz „spodziewane katastrofy”. Dayton ustalił, że udział wydatków na dom w budżecie nie powinien wynosić więcej niż 38%; w innym przypadku prowadzi do kłopotów finansowych.
Jeśli pary nie stać na mieszkanie, najczęściej w ramach kompromisu kupuje samochód. Nieprzemyślana decyzja i brak uwzględniania kosztów związanych z użytkowaniem samochodu prowadzą do zadłużenia większego, niż wynosi cena rynkowa samochodu po roku eksploatowania.
Trzecim wydatkiem prowadzącym do powstania długów są „spodziewane katastrofy” – czyli niespodziewane naprawy domu, wypadki czy kłopoty zdrowotne domowników - przez większość rodzin ignorowane do czasu ich wystąpienia.
Jak się ich pozbyć
Sposobem na uniknięcie długów jest sporządzenie i realizowanie budżetu domowego. Pisemny plan przychodów i wydatków pozwala racjonalnie rozplanować finansowe działania w kolejnych miesiącach.
„Nikt, kto ma zobowiązania finansowe nie jest wolny duchowo” – piszą autorzy na stronie internetowej projektu. Dayton podaje tam również opracowany przez siebie program dziesięciu kroków pozwalających wyjść z długów. Punkt pierwszy brzmi: „Módl się. Poproś Pana o wskazówki prowadzące do dnia bez długów.” Punkt ostatni: „Nie poddawaj się! Wyjście z długów to ciężka praca, ale wolność od zobowiązań jest warta tej walki.”
Dzieci i finanse
Innym ciekawym aspektem programu edukacji finansowej jest wychowywanie dzieci do umiejętności zarządzania własnymi pieniędzmi i rozsądnego planowania wydatków wraz z ponoszeniem konsekwencji swoich działań. Jednym z pierwszych „ćwiczeń” jest wręczenie dziecku potrójnej skarbonki: jedna część jest przeznaczona na wydatki, druga na oszczędności, trzecia – na jałmużnę. O jałmużnie autorzy strony mówią tak: „Wytłumacz dziecku, że dawanie związane jest z otrzymywaniem Bożego błogosławieństwa i wyraża nasze poddanie się Bożej woli. Postaraj się pokazać mu jak wykorzystywane są pieniądze, które oddajecie jako jałmużnę kościołowi. Warto, by dziecko miało okazję porozmawiać z osobami, które dostały wsparcie. Nawet jeśli nie będzie to łatwe, ta rozmowa może wywrzeć wpływ na całe jego późniejsze życie.”
Crown w Polsce
W 2008 r. Edukacja Finansowa Crown zaczęła funkcjonować w Polsce. Prawne możliwości działania organizacji stworzyła umowa o współpracy podpisana przez Ruch Nowego Życia oraz Crown Financial Ministries. Program zakłada współpracę ze wszystkimi, którzy chcą poznać, stosować i nauczać Bożych zasad zarządzania finansami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)